
— Zostawi ich pan tutaj do przybycia policji?
— Ależ skąd! Mam lepszy plan. Pozwolę im odejść.
Stormgren poczuł głęboką ulgę, która jego samego zaskoczyła. Obrzucił pożegnalnym spojrzeniem mały pokój i zastygłe w nim postacie. Joe stał na jednej nodze, gapiąc się głupawo w pustkę. Stormgren roześmiał się nagle i zaczął szperać po kieszeniach.
— Dzięki za gościnę, Joe — rzekł. — Zostawię ci coś na pamiątkę.
Przewertował swoje papiery, aż znalazł to, czego szukał. Potem na względnie czystej kartce napisał starannie:
MANHATTAN BANK
Proszę wypłacić panu Joe’emu kwotę stu trzydziestu pięciu dolarów i pięćdziesięciu centów ($ 135,50).
Kiedy kładł strzęp papieru obok Polaka, usłyszał głos Karellena:
— Co pan właściwie robi?
— My, Stormgrenowie, zawsze płacimy długi. Tamci dwaj oszukiwali, ale Joe grał uczciwie. A przynajmniej nie przyłapałem go na oszustwie.
Kiedy szedł w kierunku windy, było mu wesoło i lekko, jakby ubyło mu czterdzieści lat. Metalowa kula odsunęła się w bok, robiąc mu przejście. Domyślił się, że to rodzaj automatu; a więc to w taki sposób Karellen dotarł do niego przez nie wiadomo jak gruby pokład skały.
— Proszę iść prosto sto metrów — przemówiło kuliste urządzenie głosem Kontrolera. — Następnie w lewo, dopóki nie przekażę panu dalszych wskazówek.
Szybko ruszył przed siebie, chociaż czuł, że właściwie nie ma powodu do pośpiechu. Kula pozostała w miejscu; wisząc w korytarzu prawdopodobnie dawała mu czas na ucieczkę.
Po minucie odnalazł drugi automat oczekujący na niego w odgałęzieniu korytarza.
— Musi pan przejść jeszcze pół kilometra — usłyszał. — Proszę trzymać się lewej strony aż do następnego spotkania.
