
Stormgren szybko naszkicował rozkład małego pomieszczenia, które znał tak dobrze, i podał rysunek Duvalowi. Robiąc to, wzdrygnął się lekko, przypomniawszy sobie, w jakich okolicznościach czynił to poprzednio. Pomyślał, że chciałby wiedzieć, co stało się ze ślepym Walijczykiem i jego towarzyszami, a także jak zareagowali na jego nagłe zniknięcie.
Francuz, marszcząc brwi, studiował rysunek.
— I to już wszystko?
— Owszem.
Duval parsknął z niezadowoleniem:
— A oświetlenie? Czy może siedzisz po ciemku? Co z wentylacją, ogrzewaniem?
Stormgren uśmiechnął się w odpowiedzi na ten charakterystyczny wybuch niezadowolenia.
— Cały sufit lekko świeci, a powietrze, o ile mogę stwierdzić, dochodzi przez siatkę głośnika. Nie wiem, gdzie jest kanał wentylacyjny, może strumień chwilami zmienia kierunek, ale nie zwróciłem na to uwagi. Nie ma tam śladu żadnego grzejnika, ale zawsze jest normalna temperatura.
— Co oznacza, jak sądzę, że zamarza para wodna, ale nie dwutlenek węgla?
Stormgren zrobił co mógł, żeby odpowiedzieć uśmiechem na ten mocno już wyświechtany żart.
— Sądzę, że powiedziałem ci wszystko. Natomiast co do maszyny, która zawozi mnie na pokład statku Karellena, kabina, w której lecę, jest tak pozbawiona indywidualności jak budka dźwigu lub windy. Gdyby nie stolik i kanapka mogłaby być jednym lub drugim.
Zapadło kilkuminutowe milczenie, w czasie którego fizyk pokrywał kartkę precyzyjnymi, mikroskopijnymi zygzakami. Obserwujący to Stormgren zastanawiał się, dlaczego człowiek taki jak Duval, o umyśle nieporównanie bystrzejszym niż jego własny, nie zdobył wielkiego uznania w świecie nauki. Przypomniał sobie nieuprzejmą i chyba niesprawiedliwą uwagę wygłoszoną przez znajomego pracującego w Departamencie Stanu USA: „Francja to ojczyzna najlepszych na świecie graczy drugoligowych”. Duval był typem człowieka, który swoim istnieniem potwierdzał słuszność tego stwierdzenia.
