
Tylko długie, pojedyncze rogi, które wyrastały im ze środka czoła, pozostały niezmienione – sprężyście białe. Były wręcz niebezpiecznie cienkie, bardziej niż rogi przypominały ułamane kości, które przy jakimś zranieniu wydostały się na zewnątrz i tak już pozostały. Jedynie te białe rogi i niebieskie oczy nie zmieniły barwy w trakcie złotego przeistoczenia. Jakby chcąc wypróbować swoje nowe stroje, potrząsały pionowo łbami, ostrzami rogów wbijając się w wysokie jesienne niebo. Moczyły nogi w coraz chłodniejszej rzece i wyciągały szyje po czerwone dzikie owoce.
W porze, gdy zmrok niebieścił ulice, wychodziłem na wieżę obserwacyjną w Zachodnim Murze i oglądałem ceremonię spędzania zwierzy pod bramę i wypuszczania ich za Miasto. Strażnik dął w róg raz długo i trzy razy krótko. Tak było ustalone. Słysząc róg, zawsze zamykałem oczy i starałem się wchłonąć jego miękki ton. Dźwięk rogu nie przypominał żadnego innego dźwięku. Niczym niebieskawo przeźroczysta ryba płynął przez skąpane w zachodniej zorzy ulice, nasycał sobą krągłe kamienie chodników, kamienne ściany domów i mury ciągnące się wzdłuż ulic przy rzece. Pobrzmiewał z cicha w każdym zakamarku Miasta, prześlizgując się przez niewidzialną, ukrytą w powietrzu dyslokację czasu.
Kiedy w Mieście rozlegał się dźwięk rogu, stworzenia, wiedzione prehistoryczną pamięcią, podnosiły szyje. W jednej chwili ponad tysiąc zwierzy zamierało w identycznej pozie. I te, które do tej pory z namaszczeniem żuły liście janowca, i te, które przebierały kopytami, siedząc na kamiennych chodnikach, nawet te, które drzemały, korzystając z ostatniego słońca – wszystkie podnosiły łby i zwracały je w kierunku, skąd dobywał się dźwięk. O czym wtedy myślały? Czego wypatrywały? Skręciwszy szyje w jednym kierunku i uniósłszy je pod jednym kątem, wpatrywały się w niebo. Jedyne, co się wtedy poruszało, to ich złota sierść targana wieczornym wiatrem. W końcu gdy przebrzmiała ostatnia nuta, podnosiły się z ziemi i ruszały w stronę bramy, zupełnie tak, jakby sobie o czymś przypomniały. Pryskało chwilowe zaklęcie i Miasto wypełniało się odgłosem niezliczonych kopyt. Tętent ten kojarzył mi się zawsze z pianą, która w ogromnych ilościach wypływa z wnętrza Ziemi. Wypełnia ulice Miasta, przelewa się przez ogrodzenia domów, a w końcu przykrywa nawet wieżę zegarową.
