Jeszcze jedno – brakowało większości najróżniejszych dodatków właściwych zwykłej windzie. Nie było tablicy z rozmaitymi guzikami i przełącznikami. Nie było guzików z numerami pięter ani tych, które służą do otwierania i zamykania drzwi czy wreszcie do awaryjnego zatrzymywania windy. Brakowało też lampek informujących o numerze mijanego piętra, instrukcji dotyczącej maksymalnego obciążenia czy innych zagrożeń, nie dostrzegłem nawet tabliczki z nazwą producenta. Nie miałem pojęcia, gdzie znajdowało się wyjście awaryjne. To rzeczywiście była trumna. Niemożliwe, żeby taka winda uzyskała zgodę Urzędu Straży Pożarnej. Nawet winda musi mieć jakieś swoje normy.

Przesuwając wzrokiem po gładkich, stalowych ścianach, przypomniałem sobie magiczne popisy Houdiniego, które oglądałem w dzieciństwie. Wiązano go sznurami i łańcuchami, wrzucano do wielkiej skrzyni, którą również dokładnie przewiązywano łańcuchami, a następnie zrzucano skrzynię z wodospadu Niagara bądź spychano ją do Morza Północnego, gdzie obrastała lodem. Wziąłem głęboki oddech i na zimno spróbowałem porównać moją sytuację z sytuacją Houdiniego. Miałem nad nim tę przewagę, że nie byłem związany, natomiast moim słabym punktem było to, że nie wiedziałem, na czym polega trik.

Co tu mówić o triku, nie wiedziałem nawet, czy winda jedzie, czy nie. Spróbowałem zakaszleć. Mój kaszel nie zabrzmiał jednak tak, jak powinien. Rozległ się osobliwy płaski dźwięk, jakby o gładką betonową ścianę rzucić kawałkiem miękkiej gliny. Nie mogłem uwierzyć, że ten odgłos wydobył się z mojego gardła. Na wszelki wypadek odkaszlnąłem jeszcze raz. Niestety, z podobnym skutkiem. Dałem spokój i więcej już nie kaszlałem.



2 из 388