W chwili gdy wyłączyłem latarkę, żółte światło z przeciwka zamarło w bezruchu. Następnie zatoczyło w powietrzu dwa duże koła. Zupełnie jakby chciało mi powiedzieć: „spokojnie, nic ci nie zrobię". Nie dałem się jednak zwieść i nie zmieniając pozycji, czekałem na następny ruch. Rzeczywiście światło znowu zaczęło się poruszać. Sprawiało wrażenie inteligentnego, świecącego owada szybującego w moją stronę. Wpatrywałem się w światło, prawą ręką ściskając nóż, lewą zaś podtrzymując zgaszoną latarkę. Światło zatrzymało się jakieś trzy metry przede mną, uniosło się nieco w górę i ponownie zamarło. Było raczej słabe, więc początkowo nie mogłem dostrzec, co oświetla, kiedy jednak wytężyłem wzrok, zrozumiałem, że była to ludzka twarz. Przesłaniały ją gogle, takie same jak moje, oraz głęboki czarny kaptur. Człowiek trzymał w ręce niewielką latarnię, jakiej używa się czasem na kempingu. Oświetlając własną twarz, mówił coś do mnie z przejęciem. Jego głos nie docierał jednak do mnie poprzez szum wody, a ciemność i niewyraźny sposób mówienia sprawiły, że również z ruchu warg niewiele zdołałem zrozumieć.

– … ąc… powodu. Pański smat… nie dobry, poza tym… – zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. W każdym razie nie wydawał mi się niebezpieczny, toteż włączyłem latarkę i skierowałem światło na własną twarz. Drugą ręką pokazałem na ucho, żeby dać mu do zrozumienia, iż nic nie słyszę.

Człowiek pokiwał głową, postawił latarnię na ziemi, po czym wsadził obydwie ręce do kieszeni peleryny – w tym momencie, niczym gwałtowny odpływ morza, otaczający mnie zewsząd huk raptownie zaczął słabnąć. Pomyślałem, że tracę przytomność. Opuszczają mnie zmysły i stąd ta nagła cisza. Naprężyłem wszystkie mięśnie, żeby nie upaść. Nie mogłem tylko zrozumieć, dlaczego muszę tracić przytomność właśnie teraz.

Minęło kilka sekund, a ja wciąż stałem o własnych siłach i czułem się zupełnie dobrze. Ucichł jedynie otaczający mnie hałas.



22 из 388