
– Wyszedłem po pana – powiedział mężczyzna. Teraz słyszałem go wyraźnie.
Skinąłem głową. Wsadziłem latarkę pod pachę. Złożyłem nóż i schowałem go do kieszeni. Niespecjalnie zapowiadał się ten dzień.
– Co się stało z dźwiękiem? – próbowałem się czegoś dowiedzieć.
– A, ten straszny hałas? Trochę go wyciszyłem. Przepraszam, że nie zrobiłem tego wcześniej. Teraz już chyba wszystko w porządku? – powiedział mężczyzna, kłaniając się kilkakrotnie. Szum rzeki zmalał do szmeru małego strumyka. – Możemy już iść? – Odwrócił się do mnie plecami i wprawnie stawiając nogi, ruszył w górę rzeki. Przyświecając sobie latarką, podążyłem za nim.
– Jak to, wyciszył pan? To nie był naturalny dźwięk? – krzyknąłem w kierunku, w którym, jak mi się wydawało, znajdowały się jego plecy.
– Myli się pan – powiedział. – To był naturalny dźwięk.
– Czy można wyciszyć naturalny dźwięk? – zapytałem zdziwiony.
– Oczywiście, ale mówiąc dokładnej, nie wyciszyłem go – odpowiedział. – Częściowo go zredukowałem.
Postanowiłem nie zadawać więcej pytań. Nie jestem tutaj po to, żeby wypytywać o różne rzeczy. Mam wykonać zlecenie i to nie moja sprawa, czy pracodawca będzie dźwięk wyciszać, czy redukować; niechby nawet mieszał go sobie jak wódkę z cytryną. Nic już nie mówiąc, posuwałem się naprzód.
Tak czy inaczej, wokół zapanowała cisza. Niemal wyraźnie dało się słyszeć klapanie gumowych kaloszy. Dwa czy trzy razy usłyszałem nad głową jakiś dziwny chrzęst, jakby ktoś pocierał o siebie garść drobnych kamieni.
– Zdaje się, że Czarnomroki znów pojawiły się w tej okolicy. Zwykle trzymają się z daleka, ale od czasu do czasu podchodzą aż tutaj. Mam z nimi tyle kłopotu! – powiedział mężczyzna.
– Czarnomroki…?
– Nawet pan nie dałby im rady. Sam? W takiej ciemności? – powiedział i roześmiał się głośno.
– A, z pewnością – podchwyciłem jego ton. Czy to z Czarnomrokami, czy z czymkolwiek innym, nie miałem ochoty spotykać się tutaj z nikim ani z niczym mi nieznanym.
