
Powtórzyłem w myśli całą operację. Nie miałem pojęcia, o jakim rodzaju światła mogła mówić, ale zapamiętałem kolejność czynności. Kiedy przez chwilę przyglądałem się jej drobnym palcom opartym o czaszkę, doznałem wrażenia, że już kiedyś widziałem tę czaszkę. Jak wcześniej na widok twarzy dziewczyny, tak teraz na widok tej wypłowiałej bieli i nierówności na czole poczułem drgnienie w głębi serca. Nie wiedziałem jednak, czy to był głos mojej prawdziwej pamięci, czy też przywidzenie wywołane chwilowym rozszczepieniem czasu i przestrzeni.
– Czy coś się panu stało? – spytała.
Pokręciłem głową. – Nie, nic. Zamyśliłem się. Chyba już zapamiętałem, co powinienem robić. Zabiorę się do pracy.
– Zjedzmy najpierw kolację – zaproponowała. – Kiedy zacznie pan czytać, nie będzie już na to czasu.
Przyniosła z małej kuchni w głębi garnek i postawiła go na piecu. Była to potrawa z duszonych jarzyn, z ziemniakami i cebulą. Kiedy garnek rozgrzał się dostatecznie i zaczął bulgotać, przełożyła danie na talerze i wraz z orzechowym chlebem przyniosła do stołu.
Jedliśmy w milczeniu, siedząc naprzeciw siebie. Danie było proste i przyprawione w nieznany mi sposób, ale na pewno nie było niesmaczne. Kiedy je zjadłem, poczułem, że zrobiło mi się trochę cieplej. Po kolacji podała gorącą herbatę. Była to ziołowa zielona herbata o gorzkawym smaku.
Czytanie Starych Snów okazało się zajęciem nie tak prostym, jak wynikało z jej słów. Promienie światła były zbyt cienkie i chociaż całą uwagę skupiałem na końcach palców, nie mogłem się połapać w ich plątaninie. Udało mi się jednak wyczuć palcami istnienie Starego Snu. Było to coś w rodzaju ciągu wciąż zmieniających się, lecz niepowiązanych ze sobą obrazów. Niestety, nie umiałem wydobyć z tego ciągu żadnego wyraźnego sensu.
Kiedy skończyłem czytać drugi sen, było już po jedenastej. Oddałem dziewczynie opróżnione ze snów czaszki, zdjąłem na chwilę okulary i przetarłem załzawione oczy.
