
Kiedy wyszliśmy z biblioteki, zaproponowałem, że odprowadzę ją do domu.
– Nie ma potrzeby – powiedziała. – Nie boję się nocy i mieszkam w innej części Miasta.
– Chcę panią odprowadzić – odparłem. – I tak szybko dzisiaj nie zasnę.
Przeszliśmy Starym Mostem na południowy brzeg rzeki. Chłodny wiosenny wiatr poruszał gałęziami wierzb, a księżyc – może trochę zbyt wyraźny – oświetlał krągłe kamienie pod naszymi stopami. Gęste, nabrzmiałe wilgocią powietrze ciężko snuło się tuż nad ziemią. Dziewczyna zgarnęła rozpuszczone z tyłu włosy i schowała je pod kołnierzem płaszcza.
– Ma pani piękne włosy – powiedziałem.
– Dziękuję.
– Czy ktoś już pani o tym mówił?
– Nie, pan pierwszy – odparła.
– Co pani czuje, kiedy chwalę jej włosy?
– Nie wiem – popatrzyła na mnie, wsadziwszy obie ręce do kieszeni płaszcza. – Rozumiem, że pan chwali moje włosy. Ale to chyba nie wszystko. Moje włosy stworzyły w panu jakąś inną rzecz i pan mówi właśnie o tej rzeczy, prawda?
– Nie, mówię o pani włosach.
Uśmiechnęła się do własnych myśli.
– Przepraszam. Pan tak dziwnie mówi, nie mogę się przyzwyczaić.
– Nie szkodzi. Przyzwyczai się pani.
Dziewczyna mieszkała w Osiedlu Robotniczym w południowo-zachodniej części Dzielnicy Fabrycznej. Dzielnica ta była miejscem opustoszałym i smutnym. Niegdyś po czystej wodzie kanału pływały łodzie i barki, lecz teraz zapora była zamknięta, a na dnie kanału zamiast wody ścieliło się wyschnięte białe błoto, pomarszczone jak skamieliny prehistorycznych roślin. Wielkie kamienne stopnie, służące kiedyś do przeładunku towarów, porastała wysoka trawa. Z błota na dnie kanału wystawiały swe głowy butelki i zardzewiałe części maszyn, spoczywała tam również drewniana barka.
Wzdłuż kanału stał rząd opuszczonych fabryk. Bramy ich były zamknięte, a ściany zarośnięte bluszczem. W oknach brakowało szyb, przerdzewiałe zaś schody awaryjne w każdej chwili groziły zawaleniem. Wszędzie pieniła się trawa.
