
Obok telefonu leżał portfel, nóż i pudło na kapelusz, które dostałem w prezencie. Pomyślałem nagle, że może lepiej będzie, jeśli otworzę pudło i sprawdzę, co jest w środku. Może trzeba to wstawić do lodówki, a może to żywe stworzenie? Niewykluczone też, że to coś bardzo ważnego. Ale byłem już zbyt zmęczony. Gdyby tak było, to, logicznie myśląc, prezentodawca powinien mi o tym powiedzieć. Odczekałem, aż telefon wydzwoni się do końca, po czym jednym haustem wypiłem resztę whisky i zamknąłem oczy. W tym momencie, niczym ogromna, czarna sieć, spadł na mnie długo odpychany sen. Przecież i tak niczego nie da się przewidzieć – pomyślałem w ostatniej chwili przed zaśnięciem.
Kiedy otworzyłem oczy, panował lekki półmrok. Zegar wskazywał piętnaście po szóstej, ale nie byłem pewien, czy to piętnaście po szóstej rano, czy wieczorem. Włożyłem spodnie i wyszedłem na klatkę schodową. Przed drzwiami sąsiada leżała poranna gazeta. A więc było piętnaście po szóstej rano. Może ja też powinienem zaprenumerować gazetę? To się czasami przydaje.
W takim razie spałem prawie dziesięć godzin. Chciałem jeszcze trochę odpocząć – zwłaszcza że nie miałem tego dnia nic do roboty, mogłem więc spokojnie wrócić do łóżka – ale zmieniłem zamiar.
Trudno o lepsze samopoczucie niż to, które się ma, wstając wraz ze słońcem. Wziąłem prysznic, umyłem się dokładnie i ogoliłem. Po dwudziestu minutach gimnastyki – gimnastykuję się codziennie – postanowiłem zrobić sobie śniadanie z tego, co znajdę w lodówce. Akurat prawie niczego w niej nie miałem, więc popijając sok pomarańczowy, sporządziłem listę niezbędnych zakupów. Lista zajęła mi dwie strony. Ponieważ sklepy i tak były jeszcze zamknięte, postanowiłem zjeść lunch na mieście, a po drodze zrobić zakupy.
