– Oto coś na ciepło: bulion z żółtkiem i szparagi.

Eberhard Mock zgasił papierosa. Jego bratanek wbił wzrok w trzebnicki haft obrusa i powiedział powoli i dobitnie:

– Chcę studiować germanistykę na uniwersytecie.

– O, ciekawe – Eberhard Mock z widocznym zadowoleniem wlewał w siebie łyżki bulionu. – Pamiętam, że niedawno chciałeś zostać policjantem.

– Tak było, zanim poznałem poezję Heinego.

Kiedy Rast dotknął półmiska z galaretą, by go wynieść, Franz Mock przytrzymał kelnera za rękę i odkroił widelcem spory kawał głowizny.

– Zapłaciłem, to jem – Franz Mock pobladł na twarzy i przypominał Rastowi pewnego pijaka, który kiedyś w jego restauracji jednym ruchem wywrócił stół do góry nogami. – Ja wiem, że prosty majster na kolei nie może być wzorem dla swojego syna… Ale mówiłem ci tyle razy: Zostań inżynierem na kolei, będziesz dużo zarabiał i jeździł co roku do Sopotu… Nie słuchasz mnie i chcesz koniecznie studiować jakiegoś Żyda…

– Tato, ja jestem poetą – Erwin nerwowo wyłamywał palce. – Chcę robić to, co kocham…

Irmgard dała znak Rastowi, żeby wyszedł z pokoju. Rast chwycił za talerz z resztkami galarety, lecz Franz Mock znów przytrzymał go za rękę.

– Kocham, kocham – kawałeczki mięsa i śliny znalazły się na trzebnickim obrusie. – Jesteś jakimś pedałem czy co? Poeci to same pedały lub gudłaje. A ty jakie piszesz wiersze? Tylko o gwiazdach i maszynach. Czemu nie napiszesz wiersza miłosnego do kobity? Już wiem, wiem… Ten twój nowy belfer od literatury niemieckiej… To on próbuje cię spedalić…

– Franz, przestań, bo mnie popamiętasz – Irmgard spiorunowała wzrokiem najpierw męża, a potem kelnera. Ten wyrwał Franzowi Mockowi półmisek z resztkami głowizny w galarecie i wybiegł do kuchni. Na wielkiej patelni roztopił masło i ułożył na niej pokrojone w plasterki kartofle. Na drugim palenisku ustawił rondel z baraniną w gęstym sosie. W jadalni zapadła cisza. Przerwał ją za chwilę głos rozkapryszonego dziecka:



7 из 264