— To nie grzeczność — tłumaczył tato. — Darła się ilekroć chciała, żeby ją wziąć na ręce. Więc powiedziałem: Ellie, nie musisz się drzeć. Po prostu powiedz: tata, op. Dzieci wcale nie są głupie, mam rację, Słonku?

Więc — zadowolona siedzi teraz „op” na zawrotnej wysokości, w ramionach ojca jak na grzędzie i szarpie go za przerzedzające się już włosy. Lepiej tak żyć, i bezpieczniej — tu, w górze, niż raczkować poprzez las nóg. Tam ktoś może na ciebie nadepnąć, można się zgubić... mocniej zwarła piąstkę.

Obejrzawszy małpy skręcili za róg i podeszli do wielkiej bestii na wrzecionowatych nogach, której głowa na długiej szyi zaopatrzona była w małe rogi. Wyrosła nad nimi jak wieża.

— Ich szyje — powiedział tato — są za długie i nie mogą wydać z siebie głosu.

Jakże współczuła biednym, skazanym na milczenie istotom, ale odczuwała też radość, że istnieją — zachwyt, że takie cuda się zdarzają.

— No dalej, Ellie — łagodnie nagliła ją matka. W znajomym głosie dźwięczały radosne nuty — czytaj.

Siostra mamy nie mogła uwierzyć, że trzyletnie dziecko czyta. Ellie zapamiętuje — twierdziła z przekonaniem — bajki na dobranoc. Ale teraz, w rześki marcowy dzień, idą w dół State Street i zatrzymują się przed sklepem. Na wystawie lśni w słońcu kamień czerwony jak burgundzkie wino.

— Jubiler — Ellie czyta powoli, osobno literując każdą z trzech sylab.

Z poczuciem winy wsunęła się do składziku, gdzie na półce, dokładnie tam, gdzie zapamiętała, stała stara motorola — radio tak duże i ciężkie, że tuląc je do piersi, omal go nie puściła. „Niebezpieczeństwo! Nie zdejmować!” ostrzegał napis na tylnej ścianie, ale ona wiedziała, że skoro radio nie jest włączone, to niebezpieczeństwa nie ma. Wysuwając między wargi koniuszek języka, poodkręcała śrubki i zdjąwszy tył zajrzała do wnętrza. Tak jak podejrzewała, nie było w nim ani maleńkich orkiestr, ani miniaturowych spikerów żyjących tam swoim cichym, małym życiem, dopóki ktoś nie przesunie prztyczka na napis „wł”.



2 из 407