
Po chwili rury zaczęły jarzyć się ciepłym blaskiem, ale radio milczało. Było „do niczego” i już parę lat temu odesłane na emeryturę, dając miejsce nowocześniejszym cudom. Jedna rurka wciąż była ciemna — Ellie wyjęła wtyczkę, i z pewnym wysiłkiem wyciągnęła nieposłuszną lampę z gniazdka. W jej środku ujrzała metaliczną blaszkę i kilka przymocowanych do niej drucików. Prąd biegnie po tych drutach — zabrzmiało echem w jej głowie. — Choć wpierw musi dostać się do rury. Jeden z kołeczków wydawał się zgięty i wyprostowanie go trwało moment. Znowu zatknęła rurę na swe miejsce i podłączyła odbiornik. Z zachwytem patrzyła, jak rurka zaczyna się jarzyć i ocean statyki elektrycznej wzbiera wokół niej. Niespokojnie zerkając ku zamkniętym drzwiom, skręciła nieco gałkę głośności i tak długo obracała tarczą z napisem „częstotliwość”, aż trafiła na niezmiernie podekscytowany głos mówiący — tyle potrafiła zrozumieć — o rosyjskiej maszynie, która wypuszczona w niebo bez końca będzie krążyć wokół Ziemi. Bez końca, pomyślała. Znów obróciła tarczą w poszukiwaniu innej stacji, ale po chwili, lękając się, że ją w końcu odkryją, wyłączyła radio, luźno przykręciła pokrywę i z większą niż przedtem fatygą dźwignęła je, by umieścić z powrotem na półce.
Wpadła na matkę, kiedy trochę zdyszana opuszczała pokój.
— Wszystko w porządku, Ellie?
— Tak, mamo.
Próbowała normalnie nabrać powietrza, lecz serce jej kołatało i pociły się dłonie.
