
Któryś powiedział, zawstydzony: Kto? My?
Któryś powiedział: Gdzie wystąpi osobowość, pojawia się rozdźwięk.
Któryś powiedział: Tak, tak. Szczera prawda.
Któryś powiedział: No dobrze. Ale na przyszłość uważaj.
Któryś powiedział: A zatem jesteśmy zgodni?
Spojrzeli w górę, na widoczną na niebie twarz Azraela. Właściwie to twarz była niebem.
Azrael wolno skinął głową.
Któryś powiedział: Doskonale. Co to za miejsce?
Któryś powiedział: To świat Dysku. Płynie w przestrzeni na grzbiecie gigantycznego żółwia.
Któryś powiedział: Aha, to jeden z takich… Nie znoszę ich.
Któryś powiedział: Znowu zaczynasz. Użyłeś pierwszej osoby liczby pojedynczej.
Któryś posiedział: Nie! Nie! Nigdy nie używam liczby pojedynczej! A niech to…
Rozgorzał ogniem i spłonął tak, jak płonie niewielki obłoczek pary: szybko i bez zbędnego popiołu. Niemal natychmiast pojawił się następny, identyczny ze swym unicestwionym krewniakiem.
Któryś powiedział: Niech to będzie lekcja. Stać się osobowością to zakończyć swe istnienie. A teraz… ruszajmy.
Azrael przyglądał się, jak odpływają.
Trudno jest zgłębić myśli istoty tak ogromnej, że w rzeczywistej przestrzeni jej wielkość można określić tylko w terminach prędkości światła. Ale zwrócił swą gigantyczną masę i oczami, w których mogłyby zatonąć gwiazdy, wśród miliardów światów poszukał jednego płaskiego.
Na grzbiecie żółwia… Świat Dysku — świat i zwierciadło światów.
Brzmiało to interesująco. A w swym miliardoletnim więzieniu Azrael się nudził.
Oto pokój, gdzie przyszłość przelewa się w przeszłość przez zwężenie teraźniejszości.
Czasomierze stoją na półkach. To nie klepsydry, chociaż wyglądają tak samo. Nie służą do gotowania jajek jak te, które można kupić jako pamiątki, przyczepione do niewielkiej tabliczki z nazwą wybranego kurortu wypisaną przez kogoś o wyczuciu stylu godnym ciastka z galaretą.
