
Nawet nie piasek się w nich przesypuje. To sekundy, w nieskończoność zmieniające „zdarzy się” w „było”.
I każdy życiomierz ma wypisane imię.
A pokój pełen jest cichego szumu ludzkiego życia.
Wyobraźcie sobie tę scenę…
Dodajcie teraz ostre stukanie kości o kamienie — coraz bliższe.
Mroczna postać przesuwa się przez pole widzenia i sunie wzdłuż nieskończonych półek szeleszczącego szkła. Klik, klik… Oto klepsydra, której górna część jest już prawie pusta… Zdjęta z półki. I kolejna… Zdjęta. I więcej. O wiele więcej. Zdjęta, zdjęta.
To codzienna praca. A raczej byłaby nią, gdyby istniały tu dni.
Klik, klik… Czarna postać idzie cierpliwie wzdłuż półek.
I przystaje.
Waha się…
…ponieważ zauważyła małą złotą klepsydrę, niewiele większą od zegarka na rękę.
Nie było jej tu wczoraj. A raczej nie byłoby, gdyby istniało tu wczoraj.
Kościste palce obejmują znalezisko i unoszą do światła. Wypisano na niej imię — drobnymi wielkimi literami. To imię brzmi ŚMIERĆ.
Śmierć odstawił klepsydrę, ale po chwili wziął ją znowu. Piasek czasu się przesypywał. Śmierć na próbę odwrócił życiomierz — dla sprawdzenia. Piasek sypał się dalej, tyle że teraz z dołu do góry. Śmierć właściwie nie oczekiwał niczego innego.
To oznaczało, że nawet gdyby mogły tu istnieć dni jutrzejsze, to i tak ich nie będzie. Już nie.
Coś zadrżało w powietrzu za jego plecami. Śmierć odwrócił się powoli i powiedział do postaci falującej niewyraźnie w półmroku:
DLACZEGO? Postać mu powiedziała.
ALE TO… TAK NIE WOLNO. Postać powiedziała mu, że owszem, wolno.
Na twarzy Śmierci nie drgnął żaden mięsień — ponieważ ich nie miał.
BĘDĘ SIĘ ODWOŁYWAŁ.
