
Mówiąc to wszystko Don kątem oka obserwował Franklina. Ten pochylił się w stronę okna, udając, że słucha objaśnień swego towarzysza, lecz Burley mógł przysiąc, że nie patrzy na rozpościerającą się pod nimi panoramę raf i wysepek. Na jego twarzy malowało się napięcie i wysiłek, a oczy miały wyraz nieobecny, jakby zmuszał się, aby nic nie widzieć.
Z mieszaniną pogardy i litości Don stwierdził objawy, choć nie znał przyczyn. Franklin cierpiał na lęk przestrzeni; należało więc pożegnać się z teorią, że był kosmonautą. Kim więc był! W każdym razie nie sprawiał wrażenia człowieka, z którym chciałoby się dzielić ciasne pomieszczenie dwuosobowej szkolnej łodzi podwodnej…
Koła samolotu dotknęły lotniska Wyspy Czapli, czyli prostokąta spalonego i wyrównanego koralu. Franklin od momentu, kiedy mrużąc oczy wyszedł z samolotu na zalane słońcem lotnisko, przeszedł gwałtowną przemianę. Don widział nieraz pasażerów cierpiących na morską chorobę, którzy doznawali podobnie nagłego uzdrowienia, gdy tylko poczuli pod nogami stały grunt. Jeżeli Franklin jest takim samym marynarzem jak lotnikiem, pomyślał Don, to moja zwariowana misja nie potrwa dłużej niż kilka dni i będę mógł wrócić do swojej pracy. Nie znaczyło to wcale, że Don chciał wracać natychmiast; na wyspie można było przyjemnie spędzić czas pod warunkiem, że człowiek potrafi sobie radzić z biurokracją, której nigdy nie brakowało w Kwaterze Głównej.
Mikrobus wiózł ich droga między rzędami pisonii, których gęste listowie chroniło przed słońcem. Droga miała niecałe ćwierć mili długości, mimo że przecinała całą wyspę od przystani i zakładów naprawczych na zachodnim krańcu do zespołu budynków administracyjnych na wschodzie. Dwie części wyspy przedzielał wąski pas dżungli, którą pieczołowicie zachowano w stanie nienaruszonym. Don z czułością wspominał jej fascynujące ścieżki i ukryte polanki.
