W dziesięć minut po odejściu Burleya rozległo się pukanie do drzwi i cichy głos spytał:

— Czy mogę wejść?

— Kto tam? — spytał Franklin, w pośpiechu doprowadzając pokój do porządku.

— Doktor Myers.

Nazwisko nic mu nie mówiło, ale skrzywił się w gorzkim, uśmiechu na myśl, że pierwszą wizytę na nowym miejscu składa mu właśnie doktor. Domyślał się, co to za doktor.

Myers był krępym, sympatycznym brzydalem po czterdziestce, z niepokojąco przenikliwym spojrzeniem, które kłóciło się nieco z jego uprzejmym i przyjaznym sposobem bycia.

— Przepraszam, że dopadam cię tak od razu na wstępie — powiedział tonem wyjaśnienia. — Musiałem to zrobić teraz, bo dzisiaj po południu lecę do Nowej Kaledonii i nie będzie mnie przez tydzień. Profesor Stevens prosił mnie, żebym się z tobą zobaczył i przekazał ci pozdrowienia. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zadzwoń do mego biura.

Franklin był pełen podziwu dla zręczności, z jaką Myers uniknął wszelkich niebezpiecznych momentów. Nie powiedział na przykład „Omówiłem twój przypadek z profesorem Stevensem”. Nie zaproponował też wprost swojej opieki; dał do zrozumienia, że Franklin w zasadzie już jej nie potrzebuje i potrafi dać sobie radę sam.

— Bardzo dziękuję — odpowiedział szczerze. Czuł, że polubi doktora Myersa i że nie będzie miał nic przeciwko nadzorowi, jakiemu go tu niewątpliwie poddadzą.

— Proszę mi powiedzieć — dodał — co ludzie tutaj wiedzą na mój temat?

— Nic poza tym, że mają pomóc ci możliwie jak najszybciej zdobyć kwalifikacje inspektora. Nie jest to pierwszy przypadek tego rodzaju, zdarzały się już podobne przyśpieszone kursy. Mimo to będziesz oczywiście wzbudzać ciekawość i to może być twoim największym problemem.

— Burley już teraz umiera z ciekawości.



22 из 205