— Tak, przyjechałem tutaj na szkolenie. A ty od jak dawna tu jesteś?

Przeciągał rozmowę po to tylko, aby dłużej być w jej towarzystwie, a ona niewątpliwie zdawała sobie z tego doskonale sprawę.

— Oj, prawie miesiąc — odpowiedziała nonszalancko. Jeszcze jedno plaśnięcie i wiadro było prawie pełne. — Przyjechałam tutaj z Uniwersytetu Miami.

— Jesteś Amerykanką?

— Nie; moimi przodkami byli Holendrzy, Birmańczycy i Szkoci, mniej więcej w równych proporcjach. Aby sprawa była nieco bardziej skomplikowana, urodziłam się w Japonii — wyjaśniła dziewczyna z powagą.

Franklin zastanawiał się przez chwilę, czy z niego nie żartuje, lecz w twarzy dziewczyny nie było ani cienia przewrotności. Wygląda na bardzo miłe dziecko, pomyślał sobie, ale przecież nie mogę stać tutaj i rozmawiać przez cały dzień. Miał tylko czterdzieści minut na śniadanie, a o dziewiątej rozpoczynały się poranne zajęcia z podmorskiej nawigacji.

Wkrótce zapomniał o spotkaniu, gdyż ciągle spotykał nowe twarze i krąg jego znajomych rozszerzał się nieustannie. Przyśpieszone szkolenie nie pozostawiało mu wiele czasu na życie towarzyskie, co przyjmował z wdzięcznością; uwolniło go to od ciężaru wspomnień z łatwością, która go mile zaskoczyła. Widocznie jednak ci, którzy go tutaj przysłali, dobrze wiedzieli, co robią.

Cała wiedza empiryczna — statystyki, dane liczbowe, znajomość administracji — została mu prawie bezboleśnie wstrzyknięta pod hipnozą. Potem długie posiedzenia, w czasie których magnetofon zadawał mu pytania, a potem sam dawał odpowiedzi i sprawdzał, czy wiadomości zostały rzeczywiście przyswojone, a nie wyleciały natychmiast drugim uchem, jak to się czasem zdarzało.

Don Burley nie miał nic wspólnego z tą częścią szkolenia, ale ku swojemu niezadowoleniu nie miał wolnego czasu, gdy Franklinem zajmowali się inni. Szef skorzystał skwapliwie z okazji, że Don znowu wpadł w jego pazury, i z wielkim taktem oraz wdziękiem „zaproponował” mu prowadzenie w wolnych chwilach wykładów na trzech kursach szkoleniowych. Przyparty do muru przez przełożonego Don nie miał innego wyjścia, jak zgodzić się, robiąc dobrą minę do złej gry. Tak więc jego pobyt na wyspie trudno było nazwać wakacjami.



25 из 205