
Odbiornik dalekiego zasięgu zaczął popiskiwać płaczliwie i Don włączył przemiennik. Nie potrafił tak jak niektórzy odczytywać sygnałów na słuch, ale wkrótce zaczęła się wysuwać z otworu taśma z drukowanym tekstem.
PATROL POWIETRZNY DONOSI STADO 50 DO 100 WIELORYBÓW KIERUNEK 90° (KOŁO GRID REF) X186593 Y432011 STOP PO ZMIANIE KURSU PŁYNĄ Z WIELKĄ SZYBKOŚCIĄ STOP ORKI NIE DOSTRZEŻONE ALE ZAPEWNE SĄ W POBLIŻU STOP „RORQUAL”.
Don uznał ten ostatni wniosek za mało prawdopodobny. Gdyby w grę rzeczywiście wchodziły orki — budzące grozę drapieżne wieloryby, na pewno zostałyby dostrzeżone, kiedy wypływają dla zaczerpnięcia powietrza. Poza tym orki nie dałyby się odstraszyć samolotowi patrolowemu od swojej ofiary — ucztowałyby w najlepsze dalej.
Jedno było w tym wszystkim korzystne: spłoszone stado zmierzało teraz w jego stronę. Don właśnie zaczął nanosić koordynaty na siatkę, kiedy zobaczył, że nie jest to już potrzebne. Na brzegu ekranu pojawiła się flotylla niewyraźnych błysków. Wprowadził poprawkę do swego kursu i ruszył prosto na zbliżające się stado.
Pod jednym względem komunikat odpowiadał prawdzie: wieloryby płynęły z niezwykłą dla nich szybkością. W ten sposób znajdzie się wśród nich najdalej za pięć minut. Wyłączył turbiny i zaraz odczuł hamujący napór wody.
Don Burley, zbrojny rycerz, siedział w swojej maleńkiej, mrocznej kabinie sto stóp pod jasnymi falami Pacyfiku i sprawdzał gotowość swojej broni przed oczekującym go pojedynkiem. W takich pełnych napięcia momentach wyczekiwania lubił myśleć o sobie w ten sposób, chociaż nie przyznałby się do tego za nic na świecie. Odczuwał także więź ze wszystkimi pasterzami, jacy od zarania dziejów strzegli swoich stad. Był sir Lancelotem i jednocześnie Dawidem, wypatrującym wśród wzgórz starożytnej Palestyny lwa, zagrażającego stadom jego ojca.
