
Jednak bliżsi jego sercu i czasom byli mężczyźni, którzy zaledwie kilka pokoleń wcześniej pędzili olbrzymie stada bydła przez prerie Ameryki. Oni rozumieliby jego pracę, chociaż sprzęt, jakim się posługiwał, byłby dla nich czystą magią. Istota pracy była jednak ta sama, zmieniła się tylko skala. To, że zwierzęta pilnowane przez Dona ważyły po sto ton i pasały się na niezmierzonych preriach oceanu, nie miało istotnego znaczenia.
Stado było teraz w odległości niespełna dwóch mil i Don ograniczył działanie hydrolokatora do sektora leżącego bezpośrednio przed nim. Obraz na ekranie przybrał formę wycinka koła, po którym promień przebiegał z lewa na prawo i z powrotem. Mógł teraz policzyć wszystkie sztuki w stadzie, a nawet określić w przybliżeniu rozmiary poszczególnych zwierząt. Z zawodową wprawą zaczął natychmiast wypatrywać napastników.
Don nie potrafiłby wyjaśnić, co przyciągnęło jego uwagę do czterech błysków na południowym krańcu stada. Były co prawda nieco oddalone od reszty, ale nie więcej niż niektóre inne sztuki. Człowiek, który spędził wiele godzin przed ekranem hydrolokatora, wyrabia sobie jakiś szósty zmysł — potrafi wyczytać z ruchów świecących punkcików więcej, niż, zdawałoby się, jest to możliwe. Don odruchowo wyciągnął dłoń i włączył turbiny.
Mijał teraz stado wielorybów, zmierzające na wschód. Nie obawiał się zderzenia, gdyż wielkie zwierzęta nawet w panice wykrywały jego obecność z równą łatwością jak on ich, i za pomocą podobnych metod. Zastanawiał się, czy włączyć sygnał. Słysząc znajomy dźwięk wieloryby mogły się uspokoić, lecz jednocześnie mógł on spłoszyć wciąż jeszcze nie rozpoznanego wroga.
Cztery echa, które zwróciły jego uwagę, znajdowały się teraz pośrodku ekranu.
