
Jaskier spojrzał w sufit, pobębnił palcami po stole.
— Mości panie — powiedział sucho. - Dziwne rzeczy was interesują. O dziwne rzeczy pytacie. Coś mi się widzi, że nie jesteście tym, za kogo was wziąłem.
— A za kogo mnie wzięliście, jeśli mogę wiedzieć?
— Nie wiem, czy możecie. Będzie to zależało od tego, czy przekażecie mi teraz pozdrowienia od naszych wspólnych znajomych. Powinniście to uczynić na wstępie, a zapomnieliście jakoś.
— Wcale nie zapomniałem — mężczyzna sięgnął za pazuchę aksamitnego kaftana w kolorze sepii, wydobył drugi mieszek, nieco większy niż ten, który wręczył rajfurce, równie jednak pękaty i brzęczący przy zetknięciu z blatem stołu. - My po prostu nie mamy wspólnych znajomych, Jaskier. Ale czyż ta sakiewka nie jest w stanie złagodzić owego mankamentu?
— Cóż to zamierzacie kupić za ten chudziutki trzosik? — wydął wargi trubadur. - Cały bordel Mamy Lantieri i otaczające go grunta?
— Powiedzmy, że zamierzam wesprzeć sztukę. I artystę. Po to, by móc z artystą pogawędzić o jego twórczości.
— Aż tak miłujecie sztukę, mój panie? Aż tak pilno wam do rozmowy z artystą, że próbujecie wpychać mu pieniądze jeszcze przed przedstawieniem się, łamiąc tym samym elementarne zasady grzeczności?
— Na początku rozmowy — nieznajomy zmrużył nieznacznie ciemne oczy — nie przeszkadzało wam moje incognito.
— Ale teraz zaczęło przeszkadzać.
— Nie wstydzę się mego miana — rzekł mężczyzna z leciutkim uśmieszkiem na wąskich wargach. - Nazywam się Rience. Nie znacie mnie, mistrzu Jaskier, i nie dziwota. Jesteście zbyt znani i sławni, by móc znać wszystkich waszych wielbicieli. A każdemu admiratorów! waszego talentu wydaje się, że zna was, zna was tak dobrze, że pewna poufałość jest jak najbardziej na miejscu. Mnie to również dotyczy, w całej rozciągłości. Wiem, że to błędne mniemanie, wybaczcie łaskawie.
