
Meph rozłożył ręce:
— Przeceniasz możliwości nauki Lynn, szczególnie jeżeli chodzi o zagadnienia związane z czasem. Im więcej myślimy o jego naturze, tym bardziej nasze poglądy stają się zagmatwane i sprzeczne. Przecież nawet teoria względności…
— W porządku — powiedział Cragg, opróżniając szklankę — widzę, że rzeczywiście lepiej jest mieć do czynienia z Szatanem niż z uczonymi. Nie będę ci się już naprzykrzał.
— Odprowadzę cię — powiedział Meph.
— Nie warto. W ciągu dwudziestu lat zdołałem tak poznać drogę, że te dziesięć kroków mogę przejść z zamkniętymi oczami. Dobranoc!
— Dobranoc! — odpowiedział Meph.
Cragg nie mógł długo trafić kluczem w otwór zamka. Chwiał się mocno na nogach. W domu bez przerwy dzwonił telefon.
Otworzywszy w końcu drzwi, podszedł po ciemku do aparatu.
— Słucham! — Halo Lynn! Mówi Meph. Wszystko w porządku?
— W porządku.
— Kładź się spać. Już dwunasta.
— Odpowiednia pora do sprzedawania duszy diabłu!
— Dobrze, dobrze, tylko nie sprzedaj zbyt tanio — Meph położył słuchawkę.
— Jestem do pańskich usług, doktorze Cragg!
Lynn włączył stojącą lampę. W fotelu, obok szafy z książkami, siedział nieznajomy mężczyzna w czerwonym garniturze przylegaj ącym do szczupłej figury i w czarnym płaszczu zarzuconym na ramiona.
— Do usług — powtórzył nieznajomy.
— Pan wybaczy — powiedział zmieszany Cragg — ale wydaje mi się…
— Że wyzwoliwszy się z jednego schematu literackiego wpadł pan w drugi? Prawda? — uśmiechnął się nieznajomy. — Niestety, poza tymi dwoma schematami problem podróży w czasie jest nierozwiązalny. Albo maszyna czasu, albo… ja. Czym więc mogę służyć?
Cragg usiadł na fotelu i potarł czoło.
— Niech pan się nie obawia, nie jestem zjawą.
