
Wysiąkał z namaszczeniem nos i czytał dalej nie roniąc ani słówka i powtarzając niektóre z emfazą, a szczególnie coraz-bardziej-skomplikowane specyfikacje dotyczące pogrzebu.
Przy końcu tych specyfikacji Dziadunia tak zatkało ze wzruszenia, iż Lou pomyślał, że może w końcu zapomniał, w jakim celu kazał sobie przynieść testament. Ale Dziadunio bohatersko okiełznał wzruszenie i po chwili wymazywania zaczął równocześnie pisać i mówić. Lou mógłby wyrecytować za niego cały tekst — słyszał go przecież tyle razy…
— Przeżyłem wiele zgryzot przed opuszczeniem tego padołu łez i udaniem się do lepszego świata — mówił i jednocześnie pisał Dziadunio. — Ale najgłębszą ze wszystkich ran zadał mi… — obrzucił spojrzeniem całą grupę usiłując przypomnieć sobie, kto był tym krzywdzicielem.
Wszyscy popatrzyli współczująco na Lou, który z rezygnacją podniósł rękę.
Dziadunio skinął głową, przypomniawszy sobie, i dokończył zdanie: — …mój prawnuk Louis J. Schwartz.
— Wnuk, sir — podpowiedział Lou.
— Nie wykręcaj się. I tak wpadłeś z kretesem, młody człowieku — powiedział Dziadunio. Zmienił jednak ten szczegół i kontynuował już bez potknięć, stwierdzając wydziedziczenie, którego przyczyną był brak szacunku i krętactwo.
W następnym paragrafie dotyczącym w różnych okresach każdego z obecnych w tym pokoju, imię Lou zostało wykreślone i zastąpione imieniem Willy’ego, który stał się spadkobiercą mieszkania oraz największej gratki — podwójnego łóżka w samodzielnej sypialni.
— Tak! — Dziadunio uśmiechnął,się promiennie. Wymazał datę u dołu testamentu i wpisał nową zaznaczając również godzinę. — Czas na obejrzenie „Rodziny McGarveyów”.
„Rodzina McGarveyów” był to serial telewizyjny, który Dziadunio oglądał od ukończenia sześćdziesiątki, czyli od stu dwunastu lat.
— Nie mogę się doczekać, co będzie dalej — powiedział.
Lou oderwał się od grupy i legł na swym łożu boleści przy drzwiach do łazienki. Pragnął, by Em przyszła do niego, i zastanawiał się, gdzie też ona może być.
