
— Chłopcze! — zawołał Dziadunio.
— Idę, sir. — Lou pospieszył z powrotem do salonu i wręczył Dziaduniowi testament.
— Pióro! — rozkazał Dziadunio.
Natychmiast podano mu jedenaście piór — po jednym od każdego małżeństwa.
— Nie, to cieknie — powiedział odtrącając pióro Lou. O, to jest ładne. Dobry z ciebie chłopiec, Willy. — Przyjął pióro od Willy’ego. To była wskazówka, na którą wszyscy czekali. Teraz Willy, ojciec Lou, był nowym faworytem.
Willy, który wyglądał niemal tak młodo, jak jego syn, chociaż liczył sto czterdzieści dwa lata, nieudolnie usiłował ukryć swą radość. Popatrzył nieśmiało na tapczan, który miał się stać jego własnością, a z którego Lou i Emeralda musieli przenieść się z powrotem do hallu, na najgorsze miejsce przy drzwiach do łazienki.
Dziadunio celebrował każdy wzniosły dramat, którego był autorem, i wszystkiemu, co posiadał, nadał piętno swojej osobowości. Marszcząc brwi i wodząc palcem wzdłuż każdej linijki, jakby widział testament po raz pierwszy w życiu, zaczął czytać z głęboką złowieszczą jednostajnością basowego tonu w katedralnych organach:
— „Ja, Harold D. Schwartz, zamieszkały w Bloku nr 257, w Alden Village, Nowy Jork, niniejszym oświadczam, ogłaszam i czynię ten dokument moją Ostatnią Wolą i Testamentem, anulując tym samym wszystkie moje poprzednie testamenty i kodycyle kiedykolwiek sporządzone”.
