— Gul — gul — gul — gul — monotonnie szemrała butla.

Nagle z salonu doleciały dźwięki muzyki, potem szmery i szuranie przesuwanych krzeseł.

— „…Na tym kończy się — dobiegł go głos spikera telewizyjnego — dwudziestodziewięciotysięczny sto dwudziesty pierwszy rozdział z życia naszych sąsiadów McGarveyów”.

Usłyszał odgłos kroków w hallu. Ktoś zapukał do drzwi.

— Chwileczkę — zawołał żywo Lou. Rozpaczliwie potrząsnął butelką, usiłując szybciej ją opróżnić. Dłonie ześliznęły się po mokrym szkle i ciężka butla rozprysnęła się w drobny mak na kaflowej posadzce.

Odskoczyły gwałtownie pchnięte drzwi i Dziadunio stanął jak rażony piorunem.

Lou uśmiechnął się ujmująco mimo wstrętu, który go ogarnął, i z braku czegokolwiek bodaj mgliście przypominającego jakiś pomysł, czekał, co powie Dziadunio.

— Cóż, chłopcze — odezwał się w końcu Dziadunio wygląda na to, że czeka cię małe sprzątanie.

I to było wszystko, co powiedział. Odwrócił się, utorował sobie drogę wśród tłumu i zamknął się w swojej sypialni.

Schwartzowie jeszcze chwilę przypatrywali się Lou w niedowierzającym milczeniu, po czym wycofali się spiesznie do salonu, jak gdyby cząstka tego potwornego przewinienia mogła również ich skazić, gdyby patrzyli zbyt długo. Morty zatrzymał się nieco dłużej, aby rzucić Lou kpiące, zjadliwe spojrzenie. Następnie on również wszedł do salonu, pozostawiając jedynie Emeraldę stojącą w drzwiach.

Łzy płynęły po jej policzkach.

— Och, moje biedne kochanie, proszę, nie patrz tak strasznie. To moja wina. To ja cię do tego sprowokowałam.

— Nie — powiedział Lou odzyskując głos. — Naprawdę tego nie zrobiłaś. Słowo honoru, Em, ja tylko…



12 из 507