— Nie musisz się absolutnie przede mną tłumaczyć, kochanie. Jestem po twojej stronie niezależnie od wszystkiego. — Pocałowała go w policzek i szepnęła do ucha: — To nie byłoby morderstwo, kochanie. To by go nie zabiło. To wcale nie była tak potworna rzecz, po prostu ułatwiłoby mu tylko ten ostateczny krok i mógłby odejść w każdej chwili, gdy Bóg go do siebie powoła.

— Co będzie dalej, Em? — spytał głucho Lou. — Co on zamierza zrobić?

* * *

Lou i Emeralda, przestraszeni, czuwali niemal przez całą noc, oczekując reakcji Dziadunia. Ale żaden dźwięk nie dochodził z jego sanktuarium. Na dwie godziny przed świtem wreszcie zasnęli.

O szóstej godzinie wstali, jako że była to pora śniadania w kuchence dla ich generacji. Nikt się do nich nie odezwał. Na jedzenie mieli dwadzieścia minut, potem należało zwolnić miejsce dla kolejnej młodszej generacji. Reakcje ich były jednakże tak przytępione z powodu złej nocy, że z trudnością zdołali przełknąć w tym czasie dwa kęsy spreparowanych wodorostów.

Następnie, zgodnie z obowiązkiem każdego, kto był aktualnie wydziedziczony, zabrali się do przygotowywania śniadania dla Dziadunia, które miało być podane mu na tacy do łóżka. Usiłowali podejść do tego pogodnie. Najgorszą stroną tej pracy była konieczność przyrządzania posiłku z najautentyczniejszych pod słońcem jajek, bekonu i margaryny, na które Dziadunio poświęcał niemal cały swój dochód.

— Trudno — powiedziała Emeralda — nie mam zamiaru wpadać w panikę, zanim się nie upewnię, że mam po temu rzeczywisty powód.

— A może on nie wie, co ja stłukłem — z nadzieją w głosie powiedział Lou.

— Prawdopodobnie myśli, że szkiełko od zegarka — odezwał się jego syn, Eddie, który bawił się apatycznie ciastkami z trocin przypominających kaszę tatarczaną.

— Nie bądź sarkastyczny wobec własnego ojca — skarciła go Em. — I nie mów z pełnymi ustami.

— Chciałbym zobaczyć takiego, który może nic nie mówić żując to paskudztwo — powiedział siedemdziesięciotrzyletni Eddie. Spojrzał na zegarek. — Czas już zanieść Dziaduniowi śniadanie.



13 из 507