
— Schen-ec-ta-dy — zamruczał. — Zanotowałem.
Twarz jego zmieniła się w sposób zauważalny. Mięśnie twarzy rozluźniły się odsłaniając życzliwość i spokój, ukryte przedtem pod złymi krechami. Mogłoby się wydawać, że otrzymał już próbny karton superantygerasonu. Kiedy coś go śmieszyło w programie telewizyjnym, uśmiechał się beztrosko, rozciągając o milimetr cienką kreskę swych warg. Życie było piękne. Nie mógł się doczekać, co mu przyniesie.
Przekład: Elżbieta Zychowicz
Robert Sheckley
PTAKI–CZUJNIKI
Watchbird
Gelsen wszedłszy do sali stwierdził, że wszyscy producenci ptaków-czujników już są. Było ich sześciu oprócz niego i w pokoju zrobiło się niebiesko od dymu drogich cygar.
— Siemasz, Charlie — zawołał jeden z nich na widok Gelsena.
Pozostali przerwali na chwilę rozmowę, by machnąć mu niedbale ręką na powitanie. Uświadomił sobie kwaśno, że jako producent ptaków-czujników należał do grupy pracującej nad zbawieniem ludzkości. Bardzo ekskluzywnej. Ale jeśli chcesz ratować rodzaj ludzki, musisz mieć zamówienie rządowe.
— Brakuje jeszcze pełnomocnika rządu — poinformował Gelsena jeden z obecnych. — Spodziewamy się go lada chwila.
— Mamy zielone światło — dodał drugi.
— Wspaniale. — Gelsen znalazł sobie krzesło w pobliżu drzwi i powiódł wzrokiem po sali. Zebranie robiło wrażenie zbiórki harcerskiej. Sześciu uczestników hałaśliwością nadrabiało nikłą liczebność. Prezes Zjednoczenia Południowego wydzierał się na całe gardło mówiąc o niezwykłej wytrzymałości ptaków. Zwracał się do dwóch innych prezesów, którzy uśmiechając się i kiwając głowami usiłowali mu przerwać — jeden wywodem na temat tego, jak to świeżo przeprowadził test na pomysłowość ptaków, drugi charakterystyką nowego aparatu zasilającego.
Trzej pozostali, tworzący małą, zwartą grupkę, połączyli swe głosy w czymś, co można by nazwać jedynie peanem pochwalnym na cześć ptaków.
