
— No cóż — powiedział ponuro Lou — w końcu Dziadunio jest głową rodziny. I nic nie poradzi na to, że jest taki pomarszczony. Miał siedemdziesiątkę, kiedy wynaleziono antygerason. On zamierza odejść, Em. Daj mu trochę czasu. To jego sprawa. Wiem, że trudno żyć z nim pod jednym dachem, ale bądź cierpliwa. Nie ma sensu robić nic, co by go rozdrażniło. Ostatecznie, powiodło nam się i tak lepiej niż innym — mamy tapczan.
— Jak myślisz, długo jeszcze będziemy spać na tapczanie, zanim wybierze sobie nowego faworyta? Rekord świata wynosi, zdaje się, dwa miesiące, prawda?
— Mama i Papa cieszyli się nim chyba dłużej.
— Kiedy on zdecyduje się odejść, Lou?
— Cóż, powiedział, że odstawi antygerason zaraz po wyścigach samochodowych na 500 mil.
— Tak… a przedtem była Olimpiada, jeszcze wcześniej baseballowe zawody o mistrzostwo Ameryki, jeszcze wcześniej wybory prezydenckie, a jeszcze wcześniej już — sama — nie — wiem — co. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat pamiętam tylko wymówkę za wymówką. Nie wierzę już, że kiedyś w przyszłości dostaniemy dla siebie pokój, jajko czy cokolwiek.
Świetnie! Uważaj mnie za niedojdę! — powiedział Lou. — Cóż ja mogę zrobić? Pracuję ciężko, zarabiam nieźle, ale praktycznie wszystko zżerają podatki na obronę i emerytury. A nawet jeżeli nie byłoby podatków, jak myślisz, gdzie moglibyśmy znaleźć wolny pokój do wynajęcia? Może w Iowa? Ale kto chciałby mieszkać na peryferiach Chicago?
Em zarzuciła mu ramiona na szyję.
— Lou, kochanie, wcale nie uważam cię za niedojdę. Bóg świadkiem, że nim nie jesteś. Po prostu nie miałeś szansy, by stać się kimś lub czegoś się dorobić, ponieważ Dziadunio i jego pokolenie nie odchodzą i nie pozwalają innym przejąć pałeczki.
