
— O, to łatwy język do zrozumienia. Bardzo prosty. Kilka słów, wie pan. Nie ma koniugacji ani deklinacji. Wcale nie jestem specjalistą od języków. Mieliśmy już tutaj wielu takich, że wspomnę choćby wielkiego profesora Reardona, sławnego etymologa… Ja jestem po prostu… w głębi duszy jestem po prostu modelarzem. Zacząłem się tym zajmować, jak miałem osiem lat. Zbudowałem model starej, parowej lokomotywy American Acheson, Topeka i Santa Fe tak, jak wyglądała w pierwszych latach ubiegłego stulecia.
Głównie po to, aby nie musieć o tym dalej słuchać, dr Swanwick powiedział:
— No cóż, z tridioramą udało się panu znakomicie.
Kiwając potakująco głową Scarfe ujął teologa pod ramię i odciągnął go od rzędu wizjerów z ręcznym sterowaniem, w stronę balustrady okalającej platformę, na której stali. Byli bardzo wysoko, tak wysoko, że odległe, strzeliste wieże Nowej Brazylii widać było w obramowaniu dwu łańcuchów górskich. Po przeciwnej stronie rozciągał się południowoamerykański kontynent, przesycony żarem, z którym klimatyzacja wieży słabo dawała sobie radę.
— Jeżeli nawet zrobiłem to znakomicie — powiedział Scarfe patrząc w dal ponad balustradą — to skopiowałem przecież tylko o wiele bardziej znakomite dzieło. Dzieło samej Natury.
Cichy, starczy głos Scarfe’a i jego miękkie ruchy, którymi ukazywał rozpościerający się przed nimi krajobraz, kontrastowały ostro z wielkomiejskimi manierami, strojem i energicznym głosem dr Swanwicka. Ale Swanwick milczał teraz, patrząc na pejzaż przecięty wijącą się rzeką. Rzeka płynęła z odległych gór i skręcała u stóp wzgórza, na którym się znajdowali.
— Zrobił pan dobrą kopię — powiedział wreszcie. — Tridioramą zdumiewająco przypomina rzeczywistość.
— Byłem pewien, że pan to doceni, doktorze Swanwick. Zwłaszcza pan — powiedział Scarfe chichocząc przymilnie.
— Dlaczego właśnie ja?
