
Z tyłu za przyjacielem wyrastało zbocze. Żaden z nich jeszcze się na nie nie wspinał, chociaż u jego podnóża znajdowały się pieczary, które zamieszkiwali. Dyak spostrzegł, że stały tam trzy kobiety z osady obejmując się w sposób, w jaki kobiety zwykły się obejmować. Śmiały się, ale w ciężkim powietrzu ich śmiechu nie było prawie słychać. Wieczorem zejdą do rzeki i będą się kąpać, ochlapywać wzajemnie i zanosić śmiechem, ponieważ zapomniały (lub może ponieważ pamiętały), że zbliża się zmrok. Ich śmiech sprawił Dyakowi przyjemność. Znaczyło to, że brzuchy miały pełne, a głowy puste. Były zadowolone.
Z drugiej strony, za Utliffem, Dyak spostrzegł Semary. Stanęła dyskretnie za drzewem w taki sposób, że mogła obserwować obydwu mężczyzn. Semary uśmiechała się, choć nigdy nie śmiała się tak często jak inne kobiety. Widocznie gwar wywabił ją z osady. Mimo że Dyak i Utliff mało o niej wiedzieli, to jednak wiadome im było, że dziewczynę z jakichś powodów traktowano jak wyrzutka w społeczności złożonej z trzech mężczyzn i trzech kobiet mieszkających w okolicy poprzedniego legowiska chrupacza.
Dyak przestał się uśmiechać, kiedy ją zobaczył. Jej widok sprawiał mu cierpienie.
Była mniej pulchna i mniej zgarbiona niż inne kobiety. Na jej twarzy nie było tego meszku, który porastał twarze innych kobiet. Nie miała również włosów między piersiami. To wszystko było dziwne, ale ta dziwność była pociągająca. A jednak… przebywanie z nią sprawiało cierpienie. Wiedział o tym, gdyż on i Utliff kiedyś byli z nią razem; od tego czasu wiedział również, że zachowywała się biernie; nie biła, nie gryzła i nie śmiała się tak, jak to robiły inne kobiety, kiedy już cię dostały w swoje ręce.
Przebywanie z nią i jej bierność przyprawiały go o bóle głowy.
Dyak patrzał i myślał o tym wszystkim słuchając zawziętego grania cykad. Naraz spostrzegł, jak Utliff skoczył do rzeki.
