
Nie przypominało to w niczym jego płynnego skoku w wodę. Gdy tylko Utliff wychynął nieco nad powierzchnię, zawołał głośno:
— Dyak! Pomóż mi, odchodzę!
Przerażony Dyak trzema mocnymi ruchami ramion był już przy nim, ciągle jednak myślał, że jest to chyba tylko żart ze strony przyjaciela. Pewnie, zanim zdąży dopłynąć, Utliff da nurka. Ale ciało Utliffa było bezwładne i ciężkie, miał zamknięte oczy i rzęził.
Dyak położył się na plecach, wsunął ramię pod plecy Utliffa i podciągnął go do najbliższego drzewa — starej, poskręcanej, złamanej sosny, która zwisała nad wodą tak nisko, że często chwytali się jej gałęzi wychodząc z wody. Utliff zaczął znowu rzęzić i zakrztusił się, gdy woda nalała mu się do ust. Dyak sięgnął wolną ręką w górę i uchwycił wystającą gałąź drzewa.
Wydźwignął się na tyle z wody, że mógł utrzymać się oplatając gałąź lewą nogą. Ale wyciągnięcie Utliffa z wody było nadal piekielnie trudne. Kiedy ciężko dysząc miotał się na wszystkie strony, czyjeś ręce wyciągnęły się ku niemu z pomocą. Była to Semary. Mruknąwszy coś z wdzięcznością uniósł przyjaciela nad wodą, a potem, ściskając mocno kolanami pień drzewa, podciągnął Utliffa w górę.
Razem z Semary ułożyli ciało na pniu, a po chwili przenieśli je na brzeg.
Utliff otworzył oczy i podkurczył kolana. Potem opadł bezwładnie.
Już nie żył.
Prawie natychmiast rozpoczął się okropny proces rozkładu.
Wszystkie członki drgały od nagłych skurczów mięśni. Ciało zaczęło odpadać, nabierając równocześnie zielonkawej barwy. Wnętrzności wypadły i wkoło rozeszła się woń zgnilizny. Ze środka dał się słyszeć jakiś okropny bulgot. Dyak i Semary wstali przerażeni i powoli odeszli trzymając się za ręce. Utliff już do nich nie należał. Przestał być Utliffem.
Oddalili się od brzegu rzeki, kryjąc się pośród niskich drzew, aż wreszcie usiedli obok siebie na dużym, płaskim głazie. Dyak wciąż jeszcze ociekał wodą, ale na ciepłym głazie wysychał szybko i przestał się trząść. Semary zrywała liście ze zwisającej nad nimi gałęzi drzewa i przyklejała je do jego wilgotnej piersi. Uśmiechała się przy tym tak słodko, że zmuszony był też się uśmiechnąć, chociaż sprawiało mu to ból.
