
Objął ją ramionami i potarł nosem o jej pachę. Zachichotała z zadowolenia. Zsunęli się opierając plecami o głaz. Dyak zaczął odklejać wilgotne liście od swojej piersi i przyklejał je na jej ciele. Miał wyraźną świadomość swego uczucia dla Semary. Nawet więcej niż uczucia. Odczuwał to już przy kobietach swojej grupy. Niepokój był przyjemny i zarazem niezmiernie smutny. Nie wiedział, jak się go pozbyć.
Semary chyba również odczuwała coś podobnego. Nagle powiedziała:
— Ludzie się zużywają.
Powiedziała to tak, jakby tylko niechcący zdradziła swoje myśli.
Jak zwykle, gdy rozmawiali, Dyak czuł jakąś ogromną przepaść, której nie sposób było przeskoczyć słowami. Słowa były przecież o tyle słabsze od rzeczy, które sobą przedstawiały. Odpowiedział czując niedosyt słów.
— Wszyscy ludzie są na to stworzeni, aby się zużywać.
— Co masz na myśli? Jak są ludzie stworzeni?
— Stworzeni są po to, aby się zużywać. Schodzą całkiem nowi ze wzgórz. Ale nowość nie trwa długo… Ich twarze robią się dziwne. A potem się zużywają jak Utliff.
Dziewczyna rzekła z wysiłkiem:
— Czy długo po Utliffie zszedłeś ze wzgórz?
— Wiele, wiele dni po nim. A ty, droga Semary?
— Zeszłam ze wzgórz dopiero kilka dni temu. Przyszłam… przyszłam od strony tej gładkiej rzeczy — tej czarnej bariery na wzgórzu.
Nie wiedział, o jakiej barierze mówiła. Pod skórą czuł jakiś niepokój, strach i podniecenie oraz inne wrażenia, których nie umiał określić z braku odpowiednich słów. Oczy dziewczyny były nieruchome, jak gdyby oboje byli blisko czegoś, o czym bali się myśleć.
— Powiedz mi — rzekł — powiedz mi, jak to jest, gdy nagle zaczyna się istnieć.
