
FRANKENSTEIN (Spoglądając na pulpit sterowniczy): — Doktorze Swift, czy mikrofon jest włączony?
SWIFT: — Tak. — (Strzelając palcami) — Przepraszam bardzo.
FRANKENSTEIN: — Zostaw go. — (Do Glorii): — Słyszała słowo w słowo wszystko, co mówiłaś. Ciekawe, jak się czujesz?
GLORIA: — A teraz też mnie słyszy?
FRANKENSTEIN: — Nie krępuj się. Oszczędzasz mi wiele fatygi. Po prostu nie będę jej musiał wyjaśniać, jaką byłaś naprawdę przyjaciółką i dlaczego cię wyrzuciłem.
GLORIA (Podchodząc bliżej do mikrofonu): — Pani Lovejoy?
SWIFT (Powtarza, co słyszy w słuchawkach): — Mówi: „Co takiego, kochanie?”
GLORIA: — W woreczku z robótką ma pani nabity pistolet — na wypadek gdyby pani miała już dość życia.
FRANKENSTEIN (W najmniejszym nawet stopniu nie zaniepokojony bronią, ale pełen pogardy i niesmaku pod adresem Glorii): — Ty idiotko do kwadratu, skąd wzięłaś ten pistolet?
GLORIA: — Zamówiłam korespondencyjnie w domu wysyłkowym w Chicago. Było ogłoszenie w „Romansach z życia wziętych”.
FRANKENSTEIN: — Sprzedają broń głupim dziwkom.
GLORIA: — Gdybym chciała, mogłabym mieć działko przeciwczołgowe.
FRANKENSTEIN: — Pójdę teraz po ten pistolet, który będzie dowodem rzeczowym numer jeden na twoim procesie — (wychodzi).
LITTLE (Do Swifta): — Czy nie powinien pan uśpić pacjentki?
SWIFT: — Ona w żaden sposób nie jest w stanie zrobić sobie krzywdy.
GLORIA (Do Little’a): — Co on chce przez to powiedzieć?
LITTLE: — Jej ręce są tak skonstruowane, żeby nie mogła wymierzyć w siebie broni.
GLORIA (Załamana): — Nawet o tym pomyśleli.
Przebitka na pokój Sylwii. Wchodzi Frankenstein. Sylwia z namysłem ogląda pistolet.
FRANKENSTEIN: — Ładne masz zabawki.
SYLWIA: — Norbert, nie możesz się złościć na Glorię. Sama ją o to prosiłam. Błagałam ją.
FRANKENSTEIN: — W ubiegłym miesiącu.
