
SYLWIA: — Tak.
FRANKENSTEIN: — Ale teraz już jest wszystko w porządku.
SYLWIA: — Wszystko, poza iskierką.
FRANKENSTEIN: — Iskierką?
SYLWIA: — Tak, tą, o której mówiła Gloria, że ją kocha. Małą iskierką tego, czym byłam dawniej. I teraz, kiedy jestem taka bardzo szczęśliwa, ta iskierka mi nakazuje wziąć pistolet i strzelić.
FRANKENSTEIN: — A ty co na to?
SYLWIA: — Ja to zrobię, Norbert. Traktuj to jako pożegnanie. — (Na wszelkie możliwe sposoby usiłuje wycelować w siebie broń, ponawiając nieudane próby, podczas gdy Frankenstein spokojnie stoi obok). — To nie przypadek, prawda?
FRANKENSTEIN: — Bardzo byśmy nie chcieli, żebyś zrobiła sobie coś złego. My też cię kochamy.
SYLWIA: — Jak długo jeszcze muszę żyć w ten sposób? Nigdy nie miałam odwagi o to zapytać.
FRANKENSTEIN: — Musiałbym wziąć odpowiedź z kapelusza.
SYLWIA: — Może lepiej nie. — (Milczenie). — No, co ci wyszło z tego kapelusza?
FRANKENSTEIN: — Co najmniej pięćset lat.
Cisza.
SYLWIA: — To znaczy, że ja będę żyła jeszcze długo po tym, jak ty umrzesz?
FRANKENSTEIN: — Nadszedł czas, moja droga Sylwio, żebym ci wreszcie powiedział coś, co miałem ochotę powiedzieć ci od lat. Każdy z organów zainstalowanych tam na dole zdolny jest obsłużyć dwie ludzkie istoty, nie jedną. A wszystkie rurki i przewody tak są zaprojektowane, że w każdej chwili można do nich podłączyć drugiego człowieka. — (Cisza). — Czy ty rozumiesz, co ja do ciebie mówię, Sylwio? — (Cisza. A następnie z uczuciem): — Sylwio! Tą drugą ludzką istotą będę ja! Co znaczy małżeństwo! Co znaczą znane z historii wielkie miłości! Twoja nerka będzie moją nerką! Twoja wątroba będzie moją wątrobą! Twoje serce będzie moim sercem! Twoje wzloty będą moimi wzlotami, a twoje upadki będą moimi upadkami! Sylwio, będziemy żyli w tak doskonałej harmonii, że bogowie zzielenieją z zazdrości!
