
Duane niedawno wynajął mieszkanie na rogu Dwunastej Ulicy i Szóstej Alei. W John Adams Building, na obrzeżu Greenwich Wlage. Myron nieprzepisowo zaparkował na Szóstej Alei, przed chińską restauracją, minął odźwiernego i pojechał windą do apartamentu 7 G.
Drzwi otworzył mu mężczyzna, który zapewne był detektywem Rolandem Dimonte’em. Nosił dżinsy, zieloną wełnianą koszulę i czarną skórzaną kamizelkę. Miał również parę najpaskudniejszych butów z wężowej skóry, jakie Myron widział w swoim życiu: śnieżnobiałe w czerwone cętki. I tłuste włosy. Kilka kosmyków przylgnęło mu do czoła, niczym paski lepu na muchy. Z ust sterczała mu wykałaczka – wykałaczka! W nalanej twarzy tkwiła para głęboko osadzonych oczu, wyglądających jak dwa wepchnięte w ostatniej chwili, brązowe kamyki.
Myron uśmiechnął się.
– Cześć, Rolly.
– Wyjaśnijmy coś sobie, Bolitar. Wiem o tobie wszystko. Wiem, o twoich dniach chwały w agencji. Wiem, że wciąż lubisz udawać gliniarza. Tylko że mnie gówno to obchodzi. I gówno mnie obchodzi, że twój klient jest znaną postacią. Mam robotę do wykonania. Słyszysz, co mówię?
Myron przyłożył dłoń do ucha.
– Chyba są jakieś zakłócenia na linii.
Roland Dimonte skrzyżował ramiona na piersi i obrzucił go swoim najgroźniejszym spojrzeniem. Buty z wężowej skóry miały podwyższone obcasy, które dodawały mu kilka centymetrów, tak że miał prawie metr osiemdziesiąt, a mimo to Myron był od niego wyższy. Minęła minuta. Roland wciąż mierzył przybyłego gniewnym wzrokiem. Upłynęła kolejna. Detektyw żuł wykałaczkę, nawet nie mrugnąwszy okiem.
– W środku – wyznał Myron – cały trzęsę się ze strachu.
– Pieprz się, Bolitar.
– Żucie wykałaczki to niezły chwyt. Może trochę oklepany, ale do ciebie pasuje.
– Uważaj, spryciarzu.
– Pozwolisz, że wejdę – rzekł Myron – zanim posikam się ze strachu?
Dimonte odsunął się na bok. Powoli. Mordercze spojrzenie nadal miał włączone na automatyczne sterowanie.
