
– Cóż, masz pół godziny, żeby tu dotrzeć. Potem zawlokę twojego chłopaka na komisariat. Kapujesz?
– Naprawdę miło się z tobą gawędziło, Rolly.
– Zostało ci dwadzieścia dziewięć minut. I nie nazywaj mnie Rolly.
– Nie próbujcie przesłuchiwać mojego klienta pod moją nieobecność. Zrozumiano?
Roland Dimonte nie odpowiedział.
– Zrozumiano? – powtórzył Myron.
Po chwili usłyszał:
– Chyba są jakieś zakłócenia na linii, panie Bolitar.
Dimonte rozłączył się.
Miły facet.
Myron oddał słuchawkę Esperanzy.
– Mogłabyś mnie wyręczyć i spławić Neda?
– Jasne.
Myron zjechał windą na parter i pobiegł w kierunku parkingu. Ktoś krzyknął za nim: „Zmykaj, O.J.!”. W Nowym Jorku roi się od dowcipnisiów. Mario rzucił Myronowi kluczyki, nie odrywając oczu od gazety.
Samochód stał niedaleko wyjazdu z piętrowego parkingu. W przeciwieństwie do Wina, Myron nie był kimś, kogo można by nazwać fanem motoryzacji. Samochód był dla niego środkiem transportu, niczym więcej. Jeździł fordem taurusem. Szarym fordem taurusem. Kiedy wyruszał do miasta, panienki nie zbiegały się chmarami.
Przejechał prawie dwadzieścia przecznic, zanim zauważył szaroniebieskiego cadillaca z kanarkowo żółtym dachem. Widząc ten samochód, Myron poczuł lekki niepokój, być może wywołany przedziwnym zestawieniem kolorów. Szaroniebieski z żółtym dachem? Na Manhattanie? Pasowałby do Boca Raton, dzielnicy emerytów, gdzie mógłby nim jeździć dziadek imieniem Sid, który zawsze zostawia włączony lewy migacz. Tam można zobaczyć taki wóz, ale nie na Manhattanie. Co więcej, Myron przypomniał sobie, że przebiegł obok takiego samego samochodu, kiedy pędził do garażu.
Czyżby był śledzony?
To możliwe, chociaż mało prawdopodobne. Myron znajdował się w centrum Manhattanu i jechał w kierunku Siódmej Alei. Mniej więcej milion innych pojazdów robiło to samo. To mógł być przypadek. Zapewne był. Myron zanotował ten fakt w pamięci i pojechał dalej.
