
– W porządku, pokerowe oblicze – rzekł Myron. – I co głosi ta notatka?
Dimonte podał mu kserokopię. Notatka była krótka. Przez całą szerokość kartki biegł napis:
D.R. 555-8705. Zadzwonić!
555-8705. Numer telefonu. D.R. Duane Richwood.
Dimonte uśmiechał się z satysfakcją.
– Chcę porozmawiać z moim klientem – powiedział Myron. – W cztery oczy.
– Nie.
– Słucham?
– Przyparłem cię do muru i nie pozwolę ci się wymknąć.
– Jestem jego adwokatem i…
– Guzik mnie to obchodzi, nawet gdybyś był przewodniczącym Sądu Najwyższego. Jeśli spróbujesz go stąd zabrać, to zawiozę go skutego na posterunek.
– Niczego nie macie – przypomniał Myron. – Jego numer telefonu jest w jej notesie. To nic nie znaczy.
Dimonte kiwnął głową.
– Owszem, ale jak by to wyglądało? Na przykład w oczach dziennikarzy. Albo wielbicieli. Duane Richwood, nowa gwiazda tenisa, w kajdankach zawieziony na komisariat. Założę się, że trudno byłoby wytłumaczyć to sponsorom.
– Czyżbyś nam groził?
Dimonte przyłożył dłoń do piersi.
– Wielkie nieba, skądże! Czy ja mógłbym zrobić coś takiego, Krinsky?
Notesik nie podniósł głowy.
– Nigdy.
– Sami słyszycie.
– Zaskarżę cię o bezpodstawne aresztowanie – powiedział Myron.
– I może nawet wygrasz, Bolitar. Za kilka lat, kiedy sprawa znajdzie się na wokandzie. Dużo wam z tego przyjdzie.
Dimonte nie wyglądał już teraz na takiego głupka. Duane wstał i przeszedł przez pokój. Zerwał z nosa okulary, ale zaraz rozmyślił się i założył je z powrotem.
– Słuchaj, człowieku, nie mam pojęcia, dlaczego mój numer jest w jej kalendarzyku. Nie znam jej. Nigdy nie rozmawiałem z nią przez telefon.
– Numeru pańskiego telefonu nie ma w książce telefonicznej. Zgadza się, panie Richwood?
– Taak.
– Niedawno się pan tu wprowadził. Telefon podłączono… kiedy, dwa tygodnie temu?
