
Nie przejmowała się jednak tym zbytnio. Nadal żyła we własnym świecie, a adorujący ją mężczyźni (była dziedziczką jednej z największych fortun) mało ją obchodzili. Otrzymywała wiele ofert matrymonialnych: od szwedzkiego hrabiego, znanego włoskiego poety i pół tuzina książąt z ubogich krajów. Wszystkie te propozycje zostały przez nią odrzucone.
W dniu trzydziestych urodzin córki sędziwy Anton Roffe wzruszył ramionami i zauważył:
Umrę, nie ujrzawszy upragnionego wnuka.
Walthera Gassnera poznała w Austrii dokładnie w swoje trzydzieste piąte urodziny. Był od niej młodszy o trzynaście lat. Imponował jej muskularną budową ciała i elokwencją. Nie przeszkadzało jej nawet to, że był tylko instruktorem jazdy na nartach.
Po raz pierwszy zobaczyła go, gdy zjeżdżał ze stromego stoku Hahnenkamm. Nie mogła oderwać od niego oczu. Wyglądał niemal jak młody bóg. Po pewnym czasie Walther także ją zauważył i, wykonując kilka efektownych skrętów, zbliżył się do niej.
– Zmęczyła się pani jazdą, gnadiges Fraulein? – zapytał.
Uśmiechnęła się i ku swojemu zaskoczeniu zaproponowała:
– Jestem potwornie głodna. Zapraszam pana na obiad.
Potem oblała się rumieńcem i pośpiesznie oddaliła w stronę hotelu Tennerhof. Nie była głupia. Wiedziała, że nie jest ani ładna, ani wyjątkowo inteligentna i niczego innego oprócz nazwiska nie mogła zaoferować mężczyźnie. Wiedziała też jednak, że ma niezwykle wrażliwą osobowość. Brak urody traktowała jako pewnego rodzaju ułomność, którą rekompensowała sobie, podziwiając piękno dzieł sztuki w galeriach i muzeach. Być może dlatego niezwykle przystojny Gassner wydawał jej się właśnie takim ożywionym arcydziełem.
