
Następnego dnia rano Walther spotkał ją ponownie. Jadła akurat śniadanie na tarasie hotelu. Nie mogła oderwać oczu od jego jasnych włosów, białych zębów i błękitnych oczu, a jego muskuły, które opinał narciarski kombinezon, wywoływały w niej dreszcz pożądania. Anna ukryła ręce w połach rękawów, aby Walther nie dostrzegł zrogowaceń.
– Szukałem cię wczorajszego popołudnia na wzgórzu. Chciałbym nauczyć cię jazdy na nartach. Za darmo – dodał z uśmiechem.
Później zabrał ją do Hausbergu na pierwszą lekcję. Już po pierwszym zjeździe stało się oczywiste, że nie miała talentu do narciarstwa. Mimo rozpaczliwych prób utrzymania równowagi, lądowała co chwila w śniegu. Nie rezygnowała jednak w obawie, że Walther inaczej nie będzie miał ochoty widywać się z nią. Kiedy po raz dziesiąty pomagał jej wstać, powiedział:
– Jesteś stworzona do czegoś zupełnie innego.
– Co masz na myśli?
– Dowiesz się dziś wieczorem przy kolacji.
Spędzili ze sobą kilka następnych dni. Walther zaniedbywał swoich klientów i opuszczał lekcje, urządzając sobie z Anną wypady do okolicznych wiosek. Czasem wybierali się też do kasyna Der Goldene Greif, a później, po nieprzespanej nocy, przesiadywali na tarasie hotelu, gawędząc do późnego popołudnia. Te godziny spędzone z Waltherem wydawały się jej cudownym snem. Tydzień później ujął czule jej dłonie i szepnął:
– Wyjdź za mnie, liebchen.
Tymi kilkoma słowami zburzył jej nierzeczywisty świat. Nagle uświadomiła sobie, że nie jest księżniczką z bajki, lecz trzydziestopięcioletnią, nieatrakcyjną kobietą, idealnym łupem dla łowców posagu. Próbowała wstać od stolika, ale przytrzymał ją za ręce.
– Jesteśmy dla siebie stworzeni – powiedział. – Kocham cię nad życie.
Spokojnie słuchała jego kłamstw o tym, że nikogo przed nią nie darzył równie wielką miłością. Uwierzyła mu zapewne dlatego, że bardzo tego pragnęła. Świadomie zagłuszała głos rozsądku. Ufała, że to, co opowiadał o sobie, było prawdziwą historią jego życia.
