
Nawet wówczas, gdy się ożenił i został szczęśliwym ojcem, ani na moment nie zaniedbywał interesów.
“Kto go teraz zastąpi? – zastanawiał się Williams. – Czy istnieje podobny mu człowiek, zdolny pokierować imperium, które on pozostawił? Z pewnością nie wyznaczył następcy. Przecież mając pięćdziesiąt lat, nie jest się przygotowanym na śmierć”.
Zakurzona lampa, zawieszona tuż pod sufitem, rozbłysła nagle oślepiającym światłem. Williams zmrużył oczy i spojrzał w stronę drzwi wejściowych.
– Bardzo przepraszam… Nie wiedziałam, że pan tu jest…
W drzwiach stała Sophie, jedna z sekretarek firmy. Przydzielono ją Williamsowi na czas jego pobytu w Stambule. Sophie była śniadolicą, niezwykle powabną i zmysłową Turczynką. Dawała też w jakiś magiczny sposób odczuć Williamsowi, że jest gotowa spełnić każde jego pragnienie.
– Pozwoli pan, że wrócę do siebie, aby przygotować korespondencję dla pana Kafira. Czy życzy pan sobie czegoś? – Mówiąc to, zbliżyła się do biurka, przy którym siedział Williams, i uśmiechnęła się zalotnie.
– Gdzie jest pan Kafir?
– Wyszedł na dłużej.
– Więc go odszukaj, Sophie.
– Niestety, zupełnie nie mam pojęcia, gdzie może być – odparła zakłopotana.
– Pewnie jest w Kervansaray lub Mermara.
“Prawdopodobnie w Mermara, gdzie jedna z jego kochanek zabawia gości tańcem brzucha. Zresztą z Kafirem nigdy nic nie wiadomo – pomyślał Rhys. – Być może jest teraz ze swoją żoną”.
– Zrobię, co w mojej mocy, ale obawiam się, że…
– Powiedz mu, że jeżeli nie pojawi się w biurze za godzinę, będzie musiał poszukać sobie innej pracy. I wyłącz wreszcie to przeklęte światło!
Wolał rozmyślać w ciemności. Łatwiej było wtedy wyobrazić sobie szczyt Mont Blanc i Sama, jak mozolnie pnie się w górę po grani. Wspinaczka o tej porze roku nie należała przecież do najtrudniejszych. Sam próbował pokonać Mont Blanc już kilka miesięcy temu, ale silne wiatry uniemożliwiły mu to.
