Teraz Margaret znowu była w ciąży, ale ostatnio oboje rzadko się widywali. Ona poświęciła się bez reszty zapobieganiu krwawej wojnie. On był bez reszty zajęty zastanawianiem się, co dalej zrobić ze swoim życiem. Nic, czego się chwytał, nie szło dobrze. Ta podróż do Nueva Barcelona także okaże się bezsensowna, był tego pewien.

Przynajmniej dobrze, że po drodze spotkali Abe’a i Coza. Ale teraz byli w Barcy, stracił ich z oczu i został sam z Arthurem Stuartem, zajęty swoim zakrojonym na szeroką skalę projektem udowadniającym, że można mieć całą potęgę tego świata, a i tak nie na wiele się ona przyda, jeśli ma się za mało rozumu, by odgadnąć, co z nią zrobić i jak się nią podzielić z innymi.

— Znowu masz to spojrzenie — odezwał się Arthur Stuart.

— Jakie spojrzenie?

— Jakbyś musiał się wysikać, ale bał się, że będziesz sikać kamieniami.

Alvin pacnął go w głowę.

— W tym mieście nie możesz się do mnie tak odzywać.

— Nikt nie słyszał.

— Nie trzeba cię słyszeć, żeby zobaczyć, jaki jesteś. Puszysz się jak wiewiórka. Rozejrzyj się — widzisz tu Czarnych, którzy by się tak zachowywali?

— Ja jestem pół-Czarny.

— W tym mieście wystarczy być Czarnym w jednej szesnastej, żeby cię uznali za całkiem Czarnego.

— Do diabła, Alvin, skąd ci ludzie wiedzą, że nie są Czarni w jednej szesnastej? Przecież nikt nie zna swoich praprapradziadków.

— O co się założymy, że wszyscy Biali z Barcy potrafią wymienić wszystkich swoich przodków aż do Adama i Ewy?

— O co się założymy, że prawie wszystko zmyślili?

— Zachowuj się tak, jakbym mógł cię wychłostać.



2 из 284