— Po co, skoro ty nigdy się tak nie zachowujesz?

To było wyzwanie — i Alvin je przyjął. Chciał tylko udawać złość, wrzasnąć, zamachnąć się i na tym koniec. Ale kiedy zaczął, okazało się, że ryk był głośniejszy, niż powinien. A gniew był prawdziwy i potężny. Alvin musiał się siłą powstrzymać od uderzenia chłopca.

Wszystko wypadło tak przekonująco, że w oczach Arthura Stuarta pojawił się prawdziwy strach. Chłopiec skulił się, naprawdę oczekując ciosu.

Jednak Alvin zdołał się opanować.

— Pięknie ci wyszło to przerażenie — odezwał się z nerwowym śmiechem.

— Nie udawałem — powiedział cicho Arthur Stuart. — A ty?

— Tak mi dobrze poszło, że musisz pytać?

— Nie. Na ogół kiepsko kłamiesz. Naprawdę się wściekłeś.

— Tak, naprawdę. Ale nie na ciebie.

— Więc na kogo?

— Prawdę mówiąc… nie wiem. Nie wiedziałem nawet, że jestem zły, dopóki nie zacząłem udawać.

W tej samej chwili na ramieniu Alvina spoczęła duża dłoń — uścisk nie był brutalny, ale mocny. Niewielu mężczyzn ma dłonie tak wielkie, że mogą objąć cały bark kowala.

— Abe! — odgadł Alvin.

— Tak się właśnie zastanawiam, co my tu mamy — powiedział Abe. — Patrzę ci ja, jak moi dwaj przyjaciele udają pana i niewolnika, i co widzę?

— Och, on mnie leje bez przerwy — odezwał się Arthur Stuart. — Kiedy nikt nie widzi.

— Chyba zacznę — odparł Alvin. — Żebyś tak strasznie nie kłamał.

— Czyli to była zabawa?

Alvin zawstydził się, że ten dobry człowiek mógł mieć wątpliwości, zwłaszcza po tygodniu spędzonym razem na Mizzippy. I może gniew jeszcze nie całkiem go opuścił, bo odpowiedział natychmiast i ostro:

— Tak, zabawa. A poza tym nasza sprawa, nie twoja.

— No ja myślę, że nie moja. Nie moja sprawa, że jeden mój przyjaciel podnosi rękę na drugiego. Dobry człowiek powinien tylko stać i się przyglądać.



3 из 284