
Kiedy już stanęli na lodowcu, puścili go. Lynx flegmatycznie otrzepał ubranie. Spojrzenie, jakim obrzucił swego pana i mistrza, było po rybiemu zimne i bez wyrazu.
Ahriman, choć dobrze zaznajomiony z samą istotą zła, wykrzywił się z obrzydzeniem na widok zagadkowego sojusznika Tan-ghila, zastanawiając się, z jakiej to kloaki został wyciągnięty.
– No i proszę – rzekł Tengel Zły z zadowoleniem. – Oto jeden z tych łajdaków maszeruje przez lód. Kuleje jak przetrącona wrona. Czyżby od nich uciekł? Przyjrzyjmy no mu się bliżej!
– To ten drewniany – mruknął Lynx.
W czarnych perskich oczach Ahrimana pojawił się wyraz zdziwienia.
– Co takiego?
– O, to pewna tajemnicza figura, którą moi przeklęci potomkowie włóczą ze sobą wszędzie – z pogardą odparł Tengel. – Ale teraz go dopadniemy. Nigdy nie miałem okazji przyjrzeć mu się z bliska. Najpierw go trochę przestraszymy, co wy na to, przyjaciele?
Gdyby Tengel Zły choć rzucił okiem na dwóch swych towarzyszy, zorientowałby się, że nie darzą go przyjaźnią. Owszem, współdziałają z nim, są na jego usługi, ale każdy z nich chce upiec swoją pieczeń przy tym samym co on ogniu.
Poza tym nawet ci uczniowie zła się go bali. Ahriman sądził, że kupił sobie wolność, dlatego ośmielił się wypuścić do Doliny Ludzi Lodu, ale mimo wszystko na widok tej obrzydliwej kupki cuchnącego pyłu, która im przewodziła, zlewał go zimny pot strachu.
Nie chciał mieć tej maszkary za swego wroga.
Runego dopędzili już wkrótce. Kiedy się do niego zbliżali, „drewniany” zatrzymał się i zaczekał. Ucieczka nie miałaby sensu. Rune wypełnił wszak swoją część zadania, Ludzie Lodu już go nie potrzebowali. Stracił swą przyjaciółkę i najbliższego kompana, Halkatlę, i obojętne mu było, co się z nim stanie.
