
– Zgniotę go w palcach jak muchę – odgrażał się z dziką radością Tengel Zły.
Nagle stanął jak wryty. Od Runego, na którego twarzy malowały się smutek i rezygnacja, jakby nic już nie miało dla niego żadnego znaczenia, dzieliło Tengela teraz zaledwie siedem-osiem metrów.
Zły zamrugał powiekami.
– Gdzie ja już widziałem to straszydło? – mruknął pod nosem bardziej do siebie niż do innych. – Ale nie w tej postaci…
– Już się kiedyś spotkaliśmy – przemówił Rune swym skrzypiącym głosem.
Tengel doznał dziwnego uczucia, które objawiło się ciarkami biegnącymi wzdłuż kręgosłupa, uczucia, którego dobrze nie znał. Czy mógł to być strach? Nie, raczej niepewność. Nienawidził sytuacji, w których nie miał przewagi. Chciał wiedzieć wszystko! Wszystko! Tylko w ten sposób mógł górować nad innymi.
Było chyba już trochę za późna, by o tym myśleć. Tan-ghil dawno powinien był zdobyć pełną wiedzę o całym świecie. Kurczowe trzymanie się tylko i wyłącznie zła mogło obrócić się przeciwko niemu.
– Kim on jest? Kim on jest? – z wściekłością zwrócił się do towarzyszy.
Oni jednak tylko potrząsnęli głowami.
Tengel Zły podszedł bliżej. Wysunął głowę jak ptak szykujący się do ataku i wbił pełen nienawiści wzrok w Runego.
Na pewno dowiem się, co to za jeden…
Wydał z siebie charakterystyczny okrzyk skrzydlatego drapieżnika. Uskoczył o parę kroków w tył, ale zaraz wyprostował się z godnością, pogardliwie wykrzywiając usta.
– Amulet – szepnął ochryple. – To amulet, który mnie zdradził! Oszukał mnie, namówił, bym został w Dolinie Ludzi Lodu do czasu, gdy zrobiło się już za późno! Byłem twoim właścicielem, a ty obróciłeś się przeciwko mnie! Zapłacisz mi za to!
Urwał. Przypomniał sobie wszystkie te próby, kiedy bez powodzenia usiłował zniszczyć alraunę.
– O czym mówisz, panie? – cicho spytał Lynx.
Tengel długim, zakrzywionym palcem wskazał na Runego. Dłoń mu drżała.
