
Posłała mu miażdżące spojrzenie.
– Wynajmę pokój w hotelu. Dam sobie radę. Proszę mnie tylko zawieźć do mojego siostrzeńca – powiedziała zimno i ponownie odwróciła się do niego plecami.
Mark już wiedział, czym ją przekona. Pieniędzmi. Z pewnością liczyła się z każdym groszem, więc nie pogardzi okrągłą sumką. Jej siostra wyszła za mąż dla pieniędzy, ich matka uwielbiała luksusy – to musiało być u nich rodzinne. Oczywiście, nie mógł zaproponować pieniędzy teraz, kiedy kipiała złością, bo cisnęłaby mu je w twarz. Poczeka, pokaże jej dziecko, uświadomi, ile kosztuje odpowiednie wychowanie i staranne wykształcenie, a wtedy sama dojdzie do wniosku, że nie stać jej na zatrzymanie siostrzeńca w Australii.
Miał na to jeden wieczór i jedną noc.
Nie mógł odkładać powrotu do kraju. Przedłużenie wyjazdu nawet o jeden dzień miałoby katastrofalne skutki. Wszystko poszłoby zgodnie z jego planem, gdyby Lara nie wykazała się przebiegłością, o jaką jej nie podejrzewał. Nie dość, że wysłała synka do swojej ojczyzny, to jeszcze postarała się o odpowiedni wpis do dokumentów, dzięki czemu Henry miał teraz podwójne obywatelstwo. I koszmarną ciotkę, która robiła nieprzewidziane trudności.
– Kto się nim zajmuje? – rzuciła Tammy, nie racząc nawet spojrzeć na księcia.
– Już pani mówiłem. Niania.
– Pamiętam. Chodzi mi o to, jaka ona jest.
– Przykro mi, ale nie mogę udzielić pani bliższych informacji.
– To pan jej nie zna?! Nie wie pan, kogo pan zatrudnił do opieki nad Henrym?
Mark stropił się.
– To jakaś młoda Australijka – powiedział z ociąganiem. – Zatrudniłem ją przez agencję. Robiłem to w olbrzymim pośpiechu, bo nagle okazało się, że nikt o niego nie dba. Pani matka wcale się nim nie zajmowała.
Tammy obróciła się gwałtownie i popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
– A niby czemu miałaby się nim zajmować? Dzieci w ogóle jej nie obchodzą!
Pokiwał głową. Przynajmniej w tym jednym się zgadzali.
