
Za to książę z całą pewnością istniał – doskonale zbudowany, nieodparcie męski, a przy tym wykwintny, światowy i… i z zupełnie innej bajki. Wyglądał na jednego z tych, którzy uwielbiają miejskie życie i najlepiej czują się w modnym klubie, gdzie sączą drogie trunki lub delektują się wyrafinowaną kawą. To było kompletnie nie w stylu Tammy. Jej wystarczało ognisko na biwaku i najtańsza herbata z paroma liśćmi eukaliptusa dla smaku.
Co ci dziwni ludzie robili w sercu australijskiego buszu, ubrani tak, jakby spodziewali się królewskiego przyjęcia? Tymczasem była tu jedynie ona, a w dodatku huśtała się leniwie na swojej uprzęży jakieś dziesięć metrów nad ich głowami.
Czego mogli tu szukać?
– Panno Dexter? – zawołał urzędnik, a Tammy aż ściągnęła brwi ze zdumienia.
Nazywała się Dexter. Przyjechali tu do niej?
– Przecież to nonsens – odezwał się Jego Wysokość. – Kobieta, której szukam, z całą pewnością nie pracuje w takim miejscu!
W duchu przyznała mu rację – nie miała znajomości w arystokratycznych kręgach.
– Panno Dexter? – zawołał ponownie grubas w garniturze, tym razem bardziej nagląco.
W tym momencie coś ją dziwnie ścisnęło w żołądku. A jeśli oni wcale się nie pomylili? Jeśli naprawdę nie chodzi o żadną inną Dexter, tylko właśnie o nią?
Ogarnęło ją złe przeczucie.
– Panno Dexter? – zawołał tamten po raz trzeci, a ton jego głosu sugerował, że to już ostatnia próba.
Tammy odetchnęła głęboko.
– Tu jestem. Czym mogę służyć?
Mark aż drgnął, słysząc dobiegający jakby z nieba głos.
Od dwudziestu czterech godzin zadawał sobie pytanie, jakim cudem siostra Lary może pracować gdzieś w głębi buszu. Gdy usłyszał to od prywatnego detektywa, nie chciał mu uwierzyć.
– Znalazłem ją. Tamsin Dexter ma dwadzieścia siedem lat, jest niezamężna, bezdzietna, pracuje jako dendrolog w Parku Narodowym Bundanoon, leżącym przy trasie z Sydney do Canberry.
