
Zdaniem Marka zaszła jakaś pomyłka. Nie pojechałby specjalnie do owego Bundanoon, bo nie miał czasu do stracenia, ale przypadkiem było mu to po drodze. Jako głowa państwa musiał podczas pobytu w Australii złożyć oficjalną wizytę w stolicy – w żadnym wypadku nie mógł się od tego obowiązku uchylić. Skoro więc i tak jechał do Canberry, to w drodze powrotnej do Sydney mógł równie dobrze zajrzeć do tego parku, by mieć czyste sumienie. Ale z góry wiedział, że to nie ta Dexter. Zadarł głowę i omal nie krzyknął ze zdumienia.
Nad jego głową kołysała się drobna, opalona dziewczyna w spranym kombinezonie koloru khaki i mocno zniszczonych traperkach. Miała kręcone, czarne włosy, związane kawałkiem sznurowadła. Niesfornie kosmyki wymykały się spod niego na wszystkie strony. Wyglądała tak, jakby nie czesała się od tygodnia. Ale pewnie on też byłby równie potargany, gdyby siedział z głową w gałęziach.
Jej oczy patrzyły na niego jasno, spokojnie i wyczekująco. Z tej odległości nie rozróżniał ich koloru, a z niejasnych przyczyn nagle bardzo go to zainteresowało. Czy były brązowe – jak oczy Lary? Bo z całą pewnością znalazł siostrę Lary. Detektyw się nie pomylił. Podobieństwo było tak uderzające, że Mark znów poczuł ogarniającą go wściekłość.
– Czym mogę służyć? – powtórzyła.
– Panna Tamsin Dexter? – upewnił się.
– Aha – odparła z rezerwą.
– Jest mi pani potrzebna.
Obrzuciła go spojrzeniem, które mówiło wyraźnie, że ma masę pracy i nie zamierza schodzić do każdego, kto ją zawoła. Zwłaszcza do dwóch tak dziwacznie ubranych facetów.
– To jest Jego Wysokość książę Mark, regent Broitenburga – oznajmił oficjalnym tonem facet w garniturze. – Bylibyśmy wdzięczni, gdyby zechciała pani do nas zejść.
Tammy wolała jednak dalej bezpiecznie huśtać się w swojej uprzęży. Najwyraźniej nie przejmowała się zanadto perspektywą obrażenia głowy państwa.
– Jeśli to jest książę, to kim pan jest?
– Charles Debourier, ambasador.
