
– Nie rozumiesz. Potrzebuję go.
Uniosła brwi.
– Potrzebujesz go? Dlaczego?
– Jest następcą tronu.
Wzruszyła ramionami, ponieważ to wyjaśnienie brzmiało dla niej absurdalnie.
– Może nim być w Australii. Jak dorośnie, sam zdecyduje, czy ma ochotę zostać władcą. Na razie ja się nim zajmę. Ty i zatrudnieni przez ciebie ludzie w ogóle się do tego nie nadajecie.
– A ty się nadajesz? – odparował z irytacją.
– Wyobraź sobie, że tak. Nawet mam w tym spore do świadczenie.
– Mocno w to wątpię.
– Ty wątpisz w moją zdolność do zaopiekowania się Henrym, a ja w twoją. Jak widać, dobrana z nas para. Nie, te słowne utarczki nie zaprowadzą donikąd.
– Posłuchaj, naprawdę powinniśmy spokojnie porozmawiać. Zostań na noc w hotelu, dobrze? Ja zapłacę.
Wszystko się w niej zagotowało, ale jakoś się pohamowała.
– Ooo! – powiedziała z udanym zachwytem. – W tym hotelu? Naprawdę? I dostanę loże z baldachimem, a obsługa będzie mi się kłaniać?
– Po co ta ironia?
– Po co robisz ze mnie żebraczkę?
– Nie miałem takiego zamiaru. Po prostu musisz gdzieś przenocować, a nie ma sensu chodzić z malutkim dzieckiem po mieście, szukając odpowiedniego miejsca.
Hm, to brzmiało całkiem sensownie… Mark zauważył jej wahanie i postanowił kuć żelazo, póki gorące.
– Zostań. Kylie zajmie się dzieckiem, a my spokojnie porozmawiamy.
– Jeśli jeszcze raz powiesz o nim „dziecko", zabiorę się stąd natychmiast i tyle będziesz go widział – zagroziła. – On ma na imię Henry i najwyższa pora, żeby zaczęto go wreszcie traktować jak osobę, chociaż jeszcze niedużą. Dla tego żadna Kylie nie będzie więcej przy nim oglądać telewizji. I nie trzeba go upychać gdzieś po kątach, możemy porozmawiać przy nim.
– Wolałbym nie.
– Twoja strata. – Wzięła od Kylie walizkę i wrzuciła do niej rzeczy, które chciała zabrać, jednocześnie ani na moment nie przestając przytulać chłopczyka do siebie. Robiła wszystko z taką swobodą, jakby zajmowanie się dzieckiem było dla niej czymś naturalnym. Henry powolutku zaczynał się rozluźniać, już nawet opierał główkę na jej piersi.
