
– W domu pewnie ma pan ze sto takich.
– Ale nie jestem w domu.
– No to będzie musiał pan jechać tak do Europy.
– Na szczęście mam ze sobą jeszcze jakieś ubrania.
– Rozumiem. Gronostaje i złotą koronę? – Zauważyła, że zaczęli się droczyć, a w jego oczach pojawił się błysk rozbawienia. Książę, nawet obsypany mlekiem w proszku, nadal wyglądał zabójczo. Pospiesznie więc odwróciła wzrok i skoncentrowała się na leżących na fotelu rzeczach. – Potrzebuję to w coś włożyć.
– Kylie, jest tu jakaś torba? – spytał Mark, nie odrywając roziskrzonego wzroku od Tammy.
– Nie wiem – odburknęła niechętnie nastolatka. – Skoro ta pani zabiera dziecko, to znaczy, że jestem zwolniona, tak? Liczyłam na…
– Ta pani ma prawo zabrać małego, to jej siostrzeniec.Ale zapłacę ci do końca miesiąca.
Kylie rozpromieniła się.
– W szafie jest walizka – poinformowała, nagle skłonna do pomocy. – Czy może przypadkiem to pani jest ciocią Tammy?
– Skąd wiesz?!
– W walizce jest list z napisem: „Ciocia Tammy". W cudzysłowie, jakby to był jakiś dowcip. Bez adresu, bo gdyby był zaadresowany, wysłałabym go.
– Przynieś ten list – zażądał Mark, jakby liczył na jakiś pomyślny obrót sprawy. Może w tym liście będzie coś, co skłoni tę nieobliczalną kobietę do namysłu?
– Walizkę też! – zawołała za nią Tammy.
Zostali tylko we troje. Henry nadal zachowywał kompletną bierność. Żeby się chociaż rozpłakał, zaczął krzyczeć, cokolwiek!
– Panno Dexter…
– Tammy.
Skłonił głowę.
– Miło mi. Mark. Tammy, musimy porozmawiać.
– Cały czas to robimy.
– Obiecuję ci, że zadbam o niego.
– Zatrudniając kolejną Kylie? – parsknęła. – Powinieneś był od razu po niego przyjechać. Nie spieszyło ci się. Na szczęście nie musisz się o niego więcej martwić. Teraz nareszcie trafił w dobre ręce.
