
– zaproponowała. – To by natychmiast rozwiązało wszelkie problemy.
– Nie, to by nie rozwiązało niczego… – odparł z głębokim namysłem, wpatrując się w jej twarz.
Spuściła wzrok. Bezpieczniej będzie nie patrzeć na niego. Nie z tak bliska. Wbiła spojrzenie w kołnierzyk jego koszuli. Kołnierzyk był rozpięty, widać było opaloną skórę…
Mark puścił ją i cofnął się.
– Co twoja siostra napisała w tym liście?
Tammy zaczęła masować bolące nadgarstki. Naprawdę trzymał ją bardzo mocno.
– To prywatny list, nie będę ci powtarzać jego treści – odparła z irytacją.
– Jak mam odeprzeć twoje zarzuty, jeśli nie wiem dokładnie, na jakiej podstawie oskarżasz moją rodzinę o spowodowanie śmierci Lary? – naciskał.
Nie znalazła na to odpowiedzi. Na szczęście w tym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi.
– Proszę pani, czy wszystko w porządku? – Usłyszeli tubalny głos. – Zgłoszono nam, że ma pani kłopoty.
Tammy obrzuciła zaniepokojonego Marka triumfalnym spojrzeniem i szybko otworzyła drzwi. Za nimi stało dwóch postawnych strażników. Ich spojrzenia powędrowały w stronę Marka.
– Czy ten mężczyzna panią napastuje?
Już miała odpowiedzieć, że tak i pozwolić im wyprowadzić go na zewnątrz, gdy odezwał się za jej plecami:
– Naprawdę musimy porozmawiać! To bardzo ważne.
Odwróciła ku niemu głowę, i to był błąd. W jego oczach ujrzała zdumiewająco żarliwą prośbę. Zawahała się.
– Dlaczego? – spytała nieufnie.
– Ponieważ oboje jesteśmy rodziną Henry'ego i jedynymi osobami, którym zależy na jego dobru. Mnie naprawdę obchodzi jego los. I los mojego kraju. Ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność – przekonywał z zapałem. – Zostawimy kogoś przy Henrym, a sami…
– Nie! – zaprotestowała natychmiast.
– Mamy go wyrzucić? – Ochroniarze niemal zacierali ręce.
Tammy ponownie się zawahała. Nagle przypomniało jej się, jak na samym początku pomyślała sobie, że Mark ma twarz dobrego człowieka. Właściwie co jej szkodziło go wysłuchać? I tak nie mógł jej namówić do oddania Henry'ego, więc niczym nie ryzykowała. Nie pomoże ani siła, ani żaden podstęp.
