– Nie zamierzam pani zatrudniać. Chcę, żeby podpisała pani dokument, który umożliwi mi zabranie pani siostrzeńca do Broitenburga, bo tam jest jego miejsce.

Zapadła cisza.

Długa, głęboka cisza.

Tammy podciągnęła się na najbliższą gałąź, usiadła na niej i wbiła wzrok w twarz dziwnego intruza. To było jakieś wariactwo.

Charles odkrył nagle, że po jego lakierkach paradują mrówki, zaczął więc gwałtownie strzepywać je i deptać. To wyrwało Tammy z odrętwienia.

– Pan wybaczy, ale one są pod ochroną – powiedziała tonem salonowej konwersacji. – Jesteśmy na terenie parku narodowego. Tutaj mrówki mają większe prawa niż pan.

Ambasador zaklął, odsunął się, odkrył, że wszedł w jeszcze większą gromadę mrówek, zaklął ponownie, rzucił niepewne spojrzenie na księcia, a gdy ten nic nie powiedział, wzruszył ramionami i wycofał się do samochodu. On już spełnił swoją powinność, więcej nie można od niego żądać. Człowiek nie po to zostaje ambasadorem, by wystawać pod jakimś drzewem i narażać się na ukąszenia mrówek.

– Poprosiłem panią o… – zaczął Mark, lecz Tammy przerwała mu:

– Pamiętam, o co pan prosił, ale nie rozumiem, o czym pan mówi.

Tak, oczekiwał jakiejś wykrętnej odpowiedzi. Czego innego można spodziewać się po kobiecie, która nie przyjechała na pogrzeb siostry ani nie zainteresowała się osieroconym siostrzeńcem? Gdyby nie przepisy, Mark w ogóle nie chciałby jej widzieć, tylko natychmiast zabrałby małego do kraju. Na samą myśl o tym, jak zaniedbano Henry'ego, ogarnęła go wściekłość.

– Gdyby utrzymywała pani przynajmniej luźny kontakt z opiekunką chłopca, wiedziałaby pani, że chcę zabrać dziecko, ale potrzebuję na to pani zgody.

Przyglądała mu się, jakby miała do czynienia z kimś niespełna rozumu.

– Z jaką opiekunką?

– Niech pani nie utrudnia, tylko podpisze papiery i będzie po sprawie – warknął z furią, nie panując dłużej nad gniewem.



5 из 105